sobota, 14 września 2013

I bet you never had a friday night like this. - Kellic

Witamy Was wszystkich na naszym wspólnym blogu. Czas na krótką gadkę informacyjną. A więc. Jesteśmy dwie. Harakiri i Dżeferson. Nie za bardzo zdrowe na umyśle shipperki. Na tej oto stronie będziemy zamieszczać przenajróżniejsze fan fictions. Tak więc oto przed Wami nasze pierwsze "dzieło" a mianowicie Kellic (czyli ship Victor Fuentes + Kellin Quinn dla niepoinformowanych) Mamy nadzieję, że się spodoba. Czytajcie, komentujcie, polecajcie znajomym, etc, etc. ENJOY. - Wasze Harason.
____________

Ciemno, zimno, a wokół słychać tylko odgłosy dzikich zwierząt. Jechałem sam czarnym kabrioletem wzdłuż pustej dróżki aby dotrzeć do domu po ciężkim dniu zmarnowanym przy słuchaniu rad menagera, którego właściwie i tak miałem daleko poza granicami rozsądnej świadomości. Oparty łokieć o spuszczoną szybę leniwie wysuwał się, powieki same zamykały. Czułem jak tracę kontrolę nad własnym ciałem. W pewnym momencie całkiem przestałem panować nad kierownicą osuwając ją bezwładnie z moich dłoni. Grobowa cisza wokół. Powoli wpadałem w trans, powieki zamknięte, ciało bezwładne, klatka piersiowa spokojnie unosiła się i opadała. To czego potrzebowałem. Zdecydowanie.
Samochód niepostrzeżenie zaczął zjeżdżać z pasa na przeciwny. W ostatniej chwili coś mnie ocknęło i gwałtownym ruchem chwyciłem kierownicę. Niestety nie zdążyłem skręcić, czego skutkiem było wjechanie w drzewo. Na całe szczęście nie jechałem za szybko. Pobudzony nagłym zdarzeniem wróciłem do rzeczywistości. Lekko wystraszony obejrzałem szkody chwytając się za głowę ze złości na samego siebie. Zażenowany wsiadłem z powrotem do auta, którego maska była zgnieciona, co wiązało się z ogromnymi kosztami naprawy.  Z całej siły uderzyłem pięścią o kolano. Natychmiast przeszedł mnie nagły, promieniujący ból. Oczy zasnuły się mgłą, a po policzku spłynęła pierwsza łza bezsilności. Ta ciągła presja mnie wykańczała. „Kellin, powiedz na wywiadzie to” , „ Chłopcy, zagrajcie tu i tam koncerty. O i jeszcze jeden tu by się przydał.” Miałem tego po dziurki w nosie.
                Nagle usłyszałem cichy szmer, jakby kroki. Z każdą chwilą odgłosy stawały się wyraźniejsze, stopniowo dochodziły mnie pojedyncze słowa, następnie całe zdania. Ten ktoś był coraz bliżej.  W końcu udało mi się otworzyć obie powieki. Najpierw zamglony obraz bez konturów, potem coraz wyraźniejszy i większy. Gdy już mogłem dokładnie stwierdzić co się stało, osoba zbliżająca się w moim kierunku chwyciła mnie za koszulkę i ustawiła do pionu dosyć brutalnym ruchem. Ocknąłem się od razu. Był to mojego wzrostu mężczyzna. Dłuższe, ciemno-brązowe włosy opadały mu na krucze oczy zasłaniając je zarazem. Byłem tak zaskoczony całą sytuacją, że odebrało mi mowę. Wprawdzie uchyliłem usta chcąc wydobyć fale nieskazitelnie czystych przekleństw, lecz nie mogłem wydusić ani słowa. Mężczyzna stojący tuż naprzeciw mnie wydawał się zadziwiająco znajomy, lecz nie mogłem go z nikim skojarzyć. Brunet uśmiechnął się szyderczo, po czym schylił się poniżej moich ramion, chwycił  i w ułamku sekundy znalazłem się w jego objęciach. Nie protestowałem, bo nie miałem na to siły. Poczułem ból przy skroni. Czyżby ten mężczyzna mnie uderzył, a teraz miał zamiar porwać? Nie... raczej nie. Jeśli by miał taki zamiar już dawno by to zrobił. Nie wiedziałem co w tamtej sytuacji myśleć. Uciekać? Bronić się? A może powinienem pierwszy zaatakować?
Wszystko na nic. Byłem totalnie zdezorientowany. Położył mnie ostrożnie wzdłuż siedzeń, leżałem tam kilka minut niepewnie, nie odzywając się w ogóle otumaniony nagłym uderzeniem. Brunet pachniał mocnym cytrusowym zapachem, który przyjemnie otulał moje nozdrza. Posłał mi uśmiech, na co odpowiedziałem zmarszczonymi brwiami. Zapadła niezręczna cisza... właściwie to chyba niezręczna tylko i wyłącznie dla mnie. W końcu doszedłem do wniosku, że to nie w moim stylu, nie mówić przez tak długi okres czasu, zwłaszcza, że mój towarzysz także niczego nie powiedział. Po tak niecodziennym dla mnie milczeniu brunet raczył się odezwać.
- Jak się czujesz? - usiadł na krawędzi tylnych siedzeń opierając swoje ramie na oparciu.
-Eee.. a jak powinienem się czuć?...- dokładnie przyjrzałem mu się. Był dosyć... w moim typie? Tak, muszę to przyznać.
-Musze się do czegoś przyznać. To ja cię... uderzyłem, sorry?- uśmiechnął się niewinnie, ale nie mogłem mu tego odpuścić.
-To ty mnie tak załatwiłeś? Wielkie dzięki!- powiedziałem doprowadzając się do porządku, wróciłem do pionu siadając na tylnej kanapie mojego maleństwa.
-Sorry, myślałem, że jesteś napity i chciałem cię tylko... ogarnąć.- wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby w stronę mojej osoby.
-Wiesz.... sam się ogarnij, nie jeżdżę po pijaku, ani nic takiego.- warknąłem do niego, a ten wysiadł z auta, okrążył je dookoła aż wreszcie otworzył drzwi z mojej strony. Przypatrywał się mi... a raczej mojemu ciału.
-Wyjdź.- powiedział z lekkim szyderczym uśmieszkiem.                   
-Co?- spytałem zdezorientowany.
-No wychodź.-powtórzył zaplatając ręce na mojej klatce piersiowej.
-Po co?
-Zobaczysz.- zachichotał pod nosem.
                Wstałem posłusznie widząc szeroki uśmiech na twarzy bruneta.
-Mogę się chociaż dowiedzieć jak masz na imię?- zapytałem
-Victor, ale możesz mówić mi Vic.- odparł z uśmiechem i wziął mnie za rękę.
Nie opierałem się i pozwoliłem, żeby wciągnął mnie w środek lasu. Przez następne kilka minut szliśmy w ciszy mijając kolejne drzewa. Co rusz potykałem się o wystające korzenie, jednak chłopak asekurował mnie, przyciągając do siebie coraz bardziej tak, że czułem jego spokojny oddech na szyi.
- No jesteśmy na miejscu- powiedział uradowany Vic

                Rozejrzałem się dookoła. Staliśmy na środku pola pełnego chwastów i innych roślinek.  Zastanawiałem się co ja tu jeszcze robiłem, obcy facet wciąga mnie w środek lasu. Quinn idioto, to się może źle skończyć. Zanim się zorientowałem brunet stał tuż przy mnie. Oddech przyśpieszył, dłonie zaczęły się pocić a strach narastał z każda chwilą. Kurwa.
                Jego twarz momentalnie w ułamku sekundy znalazła się przy moim uchu. Emocje uderzały kolejno, jedne za drugimi, nie mogłem dokładniej poznać żadnej z nich.  Chłopak zaczął głaskać mnie po szyi. Wsunął rękę w moje włosy i zaczął się nimi bawić. Stałem jak słup soli, nie mogłem poruszyć choćby palcem, strach sparaliżował mnie całego. Jednak zaczął on powoli opuszczać moja ciało ustępując… podnieceniu? Mruknąłem cicho w odpowiedzi na pieszczotę, co zachęciło bruneta do podjęcia dalszych kroków.  Gdy tylko zbliżył swoje wargi nie wytrzymałem i przyciągnąłem go bliżej, pogłębiając pocałunek. Co ja do cholery robiłem? Obściskiwałem się z facetem poznanym niecałe dziesięć minut wcześniej, który na dodatek mnie uderzył, bo myślał, że jestem pijany. Szaleństwo. Nie spodziewałem się tego po tobie, Quinn.
                Pocałunek trwał niedługą chwilę. Przyznam w tej chwili sam nie wiedziałem co robię, rozum podpowiadał jedno, a ciało robiło drugie. Ale nie myślałem za dużo, emocje wzięły górę. Mężczyzna penetrował językiem we wnętrzu moich ust, a po chwili poczułem jego dłoń wędrującą z moich pleców w dół. Sekunda i była na moich pośladkach ściskając je. Podskoczyłem na te pieszczotę nie przerywając dalszych poczynań. Gdy zaprzestaliśmy pocałunku jego gorące usta sunęły wzdłuż mojej szyi do torsu. W końcu klęknął, twarz miał teraz na wysokości moich bioder. Zwinnym ruchem pozbawił mnie koszulki, którą wtedy miałem na sobie rzucając ją w porośnięte gęstymi liśćmi krzewy. Zaczął całować mnie po brzuchu pozostawiając po sobie pamiątki w postaci małych mokrych malinek. Sprawiało mi przyjemność, to na pewno musze przyznać, ale sam też chciałem go jakoś… zadowolić?
                Chwyciłem chłopaka za ramiona i podniosłem go do góry. Widziałem zdziwienie malujące się w jego ciemnych tęczówkach. Zaśmiałem się cicho i sam uklęknąłem na mokrej trawie. Jednym zgrabnym ruchem rozpiąłem pasek od jego spodni i ściągnąłem je z niego. Chłopak stał nieruchomo wpatrując się uważnie w moje ruchy, wyraźnie zarumienił się gdy wykonałem tę czynność. Wróciłem do pionu od razu zabierając się za pieszczenie jego ciepłych warg.  Najpierw delikatnie, ale z każdą sekunda coraz bardziej agresywnie. Oderwałem się od jego ust i zacząłem składać pocałunki na jego szyi. Słysząc jego cichy jęk dodatkowo zacząłem gładzić go po plecach. Nim się obejrzałem leżeliśmy na ziemi, i tym razem to Vic przejął inicjatywę. Całował mnie namiętnie zataczając małe kółeczka swoim zwinnym językiem. Byłem wniebowzięty.
                Jego delikatne ruchy po moim ciele przywoływały u mnie lekki dreszczyk. Nie strachu, ale podniecenia i większej chęci do kolejnych poczynań. W końcu niepostrzeżenie zauważyłem, że w ciągu paru sekund pozbawił mnie dolnej garderoby. Przyznam trochę się speszyłem, w końcu nie na co dzień paraduje nagi przez całkowicie nieznajomymi ludźmi. Spuściłem wzrok, a Vic zaczął pieścić moje ciało pojedynczymi pocałunkami.  Leżałem bezwładnie pod ciężarem jego zgrabnego i pociągającego ciała. Każdy pocałunek wydawał mi się być tak ważny, jakby ten mężczyzna od zawsze dużo dla mnie znaczył. Zawsze, oh czyżby? 15 minut- tak zdecydowanie zawsze. Jeszcze niedługo przed tą małą kolizją mojego samochodu nie przeszłoby mi nawet przez myśl, że znajdę się w takiej sytuacji i to w dodatku z osobą, która świadomie mnie unieruchomiła na krótką chwilę. No cóż, widocznie tak musiało być. Normalnie nie wierze w rzeczy typu „przeznaczenie” jednak to było coś innego... coś czego nie umiałem opisać jakimikolwiek słowami. I stało się, dałem się ponieść emocjom, a raczej chęci stosunku. Uchyliłem lekko usta aby mieć swobodny dopływ powietrza do moich płuc utkwionych w rozpalonym ciele. Byłem nagi. Tak, ale dlaczego On nie zrobił tego samego ze sobą? Wstydził się? Chciał zobaczyć tylko moje ciało nie dając mi dojść do swojego? Na szczęście zrozumiałem, że to ja powinienem pozbawić go tych zbędnych materii z jego wręcz boskiego ciała. Wierciłem się na niezbyt wygodnej powierzchni jaką była zarośnięta trawa, a na niej zeschłe liście i połamane patyki, nie mówiąc już o robactwie, które pewnie zamieszkiwało tę część ziemi. Poruszyłem gwałtownie biodrami, na co Vic zachichotał.
                Lecz zorientował się po samej mojej minie, że nie jestem zbyt zadowolony z takiego miejsca na takie zabawy. Uniósł ze mnie ciało, tak abym mógł wygodniej się usadowić po czym sam zabrał się za zrzucenie wcale niepotrzebnych teraz ubrań. Mogłem lepiej przyjrzeć się Jego pięknej sylwetce, opalonej skórze i lekko umięśnionemu torsowi. Moja nabrzmiała już męskość postanowiła jeszcze bardziej unieść się w górę na ten widok, na co On znów zachichotał. Jego uroczy wyraz twarzy wyglądał jakby mówił „Bierz mnie, tej nocy jestem tylko twój. Lubisz mocno i dobrze wiesz, że tak potrafię.” Tak, stanowczo wiedziałem co potrafi to ciało Greckiego Boga, zresztą nie musiałem wiedzieć, to mówiło samo za siebie. Gdy już stał nade mną równie ubogi w odzież jak ja w tej chwili z moich ust niekontrolowanie wydał się cichy pomruk. Victor zbliżył się na odległość z której doskonale można by śmiało sprawić drugiej osobie przyjemność, chwycił w delikatną dłoń nabrzmiałego członka zarazem nadgryzając moją skórę na szyi. Po czym zniżył swoją twarz na wysokość moich bioder nie puszczając go, a pieszcząc wewnętrzną część ud drugą dłonią.
Dotykał wspaniale, jakby każda najmniejsza czynność, którą wykonywał była precyzyjnie przez niego zaplanowana i wyćwiczona. A teraz musiał się wykazać, jak aktor podczas spektaklu tyle, że bez widzów, osób trzecich. Nawet nie pomyślałem o tym, że przejezdni, ktokolwiek widząc lekko poturbowanego kabrioleta mógłby się zatrzymać chcąc sprawdzić czy z prowadzącym czy pasażerami jest wszystko w porządku, a zamiast tego spotkaliby dwójkę nie znanych sobie facetów pieprzących się w krzakach, w środku cholernie ciemnego, ogromnego lasu. Zdałem sobie sprawę, że tego typu obrót sprawy nie byłby jednym z lepszych i ciekawszych. Niestety teraz liczyła się dla mnie tylko chwila spełnienia, pragnąłem aby właśnie ten mężczyzna zrobił to co należy, nikt inny. Wprawdzie mówiąc, wielu już na swojej drodze spotykałem, były oszalałe na moim punkcie cycate fanki, zachwycone dojrzałe kobiety z chęcią poznania kogoś na dłużej, zdarzało się także spotkać płeć męską zainteresowaną moją osobą, jednak wiedziałem, że gdyby nie to, że jestem sławny nic takiego nie miało by miejsca, a więc takie znajomości wcale mnie nie pociągały. Wydawało mi się, że ten cały Vic taki nie jest, miał to coś i to COŚ ciągnęło mnie do niego okropnie, chyba ze względu na to pozwoliłem mu na to wszystko co teraz ze mną robił. Podobało mi się, bardzo.
A On ewidentnie chciał tego samego, można by rzec, że był górą, bo to w końcu On zaczął, gdyby nie to pewnie już dawno odjechałbym do domu wkurzony tak spapranym wieczorem. Czułem w swoich dolnych partiach ciała jego oddech tuż przy mojej skórze, co podniecało mnie jeszcze bardziej. Teraz był tak bardzo blisko. Najchętniej wepchnął bym mu go w usta i nie wyciągał, ale tego nie zrobiłem. Maniery? Ha, możliwe coś mnie jednak od tego powstrzymywało i pozwoliłem mu na bycie... w pewnej odległości. W gruncie rzeczy wiedziałem, że zaraz się spełnię i ekstaza wypełni mój umysł.
                W końcu doczekałem się. Poczułem jego ciepłe wargi na moim członku, zataczał wokół niego małe kółeczka swoim zwinnym językiem. Zadrżałem lekko. Głównie przez to co Vic wyprawiał na dole, ale także przez to, że od strony lasu zaczął wiać zimny wiatr.  Z każdą cudowną sekundą byłem coraz bliżej spełnienia, aż w końcu doszedłem wprost w jego usta. Chłopak połknął wszystko bez sprzeciwu. Na moje policzki wstąpił rumieniec, a roztrzepane włosy opadły na oczy.
-Wiesz jak słodko teraz wyglądasz?- zagadnął szatyn kładąc się na mojej klatce piersiowej.
Moja ręka bezwiednie powędrowała do jego włosów, zacząłem oplatać kosmyki wokół palców.  W sekundzie zdałem sobie sprawę, że powinienem mu się jakoś „odpłacić”. Podniosłem się na łokciach i spojrzałem na towarzysza. Zrzuciłem go brutalnie z siebie tak, że wylądował na suchej trawie.  Ignorując jego zdziwiony wzrok usiadłem mu na brzuchu i zacząłem namiętnie pieścić jego wargi. Gdy zaspokoiłem moja dziką rządzę przeniosłem wargi na jego przyrodzenie. Bez zbędnych ceregieli. Poczułem jak chłopak podnosi delikatnie biodra domagając się więcej.
Ciche jęki i nieregularne wręcz dyszenie Vica dało się usłyszeć z kilku metrów, lecz nie dbałem o to teraz. A on? On pokrzykiwał i jęczał coraz donośniej. Zachichotałem niewyraźnie, no bo w końcu co mogło być wyraźne z czyimś przyrodzeniem w ustach? W pewnym momencie jego „Achh...je...jeszcze trochę...och taak.” dały mi do zrozumienia, iż oczywistym było, że doszedł. Rozpuścił mi się w ustach, co natychmiastowo przełknąłem. Wróciłem do jego twarzy poprzez drogę z małych pocałunków wzdłuż jego klatki piersiowej aż dotarłem do celu. Zawisłem nad nim wpatrując się w jego ciemne oczy. Tęczówki chłopaka były pełne... Uczucia? Błyskały w nich małe iskierki, jak u dziecka wyczekującego świat Bożego Narodzenia. Pragnąłem go coraz więcej. Usiadłem na wysokości jego ud i zacząłem go drażnić obcierając nasze męskości o siebie.
Ciekawe jak lubi.. powinienem być delikatny, czuły, ostrożny czy gwałtowny i pewny w tym co robię? Nie miałem zielonego pojęcia to jakby chciał więc zrobiłem o po swojemu. Po chwilowych pieszczotach uniosłem biodra, rozchyliłem jego nogi i uśmiechnąłem się łobuzersko.
-Wiesz, że może boleć prawda?- zagadnąłem pół głosem mówiąc troskliwym tonem.
-Oh, doprawdy? Nie wiedziałem.- odpowiedział szyderczo.
Zignorowałem to i począłem robić co uważałem za słuszne. Wszedłem w niego natarczywie, na co odpowiedział wypychanym z siebie cichym jęknięciem, ale to także zignorowałem i kontynuowałem „dobry uczynek”. Dobry? W większej chyba mierze dla mnie, choć pewnie też to lubił. Nie mam pojęcia do czego był przyzwyczajony, do brutalności czy delikatności. Jednak teraz nie zwracałem większej uwagi na to czy teraz było mu wygodnie czy też nie. W ten sposób obu nam powinno być dobrze... przynajmniej tak myślałem. Bez dłuższego zastanowienia wyszedłem z niego aby następnie gwałtownie z powrotem dobrze wejść. Zignorowałem coraz głośniejsze przekleństwa wypływające z jego ust zagłuszając je moimi własnymi egoistycznymi pragnieniami. Powtarzałem te czynność aż spełniłem się spuszczając w jego ciepłym, przyjemnym i cholernie ciasnym wnętrzu. Zadowolony spojrzałem na twarz mojego towarzysza. I szczerze mówiąc mógłbym tego nie robić. Istny obraz nędzy i rozpaczy.  Jego oczy przepełnione były dziwnymi, sprzecznymi uczuciami, usta miał spuchnięte, całe czerwone od przygryzania. W jednym miejscu nawet widać było krwawą smugę. Ciało chłopaka przechodziły liczne dreszcze, jak mniemam bólu i rozkoszy. Jeszcze raz przyjrzałem się jego osobie, zatrzymując się na dłużej na jego palcach, aktualnie brudnych i wbitych w glebę. Ponownie przeniosłem wzrok na jego oczy. Mógłbym przysiąc, że zauważyłem jak zaczynają się szklić. Zapewne oglądałbym jego ciało dłużej, jednak przeszkodziła mi łza tocząca się po jego zarumienionym policzku. Najpierw jedna, potem kolejne. A mnie… Mnie to pociągało. Co się z tobą dzieje Quinn? Czyżby cieszyło mnie czyjeś nieszczęście? Rozczarowanie? Płacz, niepokój? Możliwe. W tej chwili o to nadzwyczajnie nie dbałem, bo po co? Nie byłem w tym czasie z nikim, nawet o siebie nie dbałem wiec po co zawracać sobie głowę facetem którego poznałem kilka minut temu i od razu z nim to zrobiłem... Idiota. Widok takiego Vica napawał mnie dziwnie przyjemnym uczuciem, a zwłaszcza zadowoleniem z tego do czego go doprowadziłem. Zachichotałem pod nosem spoglądając na niego z wyższa. Był taki bezbronny i tak niewinny. Chociaż nie powiedziałbym tak, skoro SAM do tego dopuścił zaczynając te gierkę. Przesunąłem dłonią po jego rozgrzanych policzkach, a ten tylko warknął coś do mnie odpychając na ziemie. Upadłem na zimny grunt, lecz szybko doprowadziłem się do porządku. Pchnął mnie? MNIE? To nie był najlepszy ruch z jego strony, powinien to wiedzieć. Głupiec.
-Victor, co z tobą? Nie chcesz żebym się odwdzięczył?- zapytałem kpiącym tonem kucając przed nim.
-Spadaj.- burknął pod nosem. Próbował wstać i ogarnąć swoje ciało, ale był zbyt roztrzęsiony.
W dość szybkim tempie znalazłem się przy nim przyciskając jego ramiona do ziemi i siadając na nim okrakiem, żeby skutecznie uniemożliwić mu próbę ucieczki. Nie chciałem jeszcze kończyć.
-Kochanie, gdzie się wybierasz, tak szybko…-wyszeptałem i pociągnąłem go za włosy tak, aby odchylając się do tyłu odsłonił swoją szyję.
Palcami wyczułem pulsującą tętnicę i ucisnąłem ją lekko. Hmmm… nie, jeszcze na to nie czas.  Zastanawiałem się co mógłbym zrobić, żeby się trochę pobawić. Z szaleńczym wręcz błyskiem w oku wyciągnąłem skórzany pasek z moich spodni, które na szczęście leżały na tyle blisko, że mogłem to zrobić bez uwalniania mojej ofiary. Zakneblowałem chłopakowi usta i zacisnąłem sprzączkę. Był zszokowany moimi niespodziewanymi działaniami.  To także olałem. Cholernie miło było patrzeć na tak bezbronne stworzenie, no cóż natura ludzka bywa brutalna i niespodziewana wiec nie powinien być aż w takim szoku. Najwyraźniej się myliłem, bo był i to w stopniu najwyższym. Ach, jak uroczo to wyglądało. Victor za bardzo się wiercił i tym cholernie utrudniał mi swoje zadanie. Silnym chwytem złapałem jego nadgarstki, unieruchamiając wszelkie ruchy rękoma. Usadowiłem je tuż nad jego wściekłą twarzyczką. Widok był tak komiczny, że parsknąłem śmiechem. Próbował krzyczeć ale nadaremno. Głupiutki Victorek. Był bardzo niespokojny, wiercił się, próbował nawet kopnąć, ale zamiast tego tylko kusząco ocierał się o moje krocze, napawając mnie jeszcze większą chętką na niego. Patrząc na jego ciało straciłem rachubę czasu, jednak mógłbym przysiąc, że spędziliśmy w tej pozycji kawałek czasu. Miałem cholerną ochotę przelecieć go jeszcze raz, jednak… jednak to mogłem to zrobić. Ale później, czas się pobawić. Jedną ręką cały czas ściskałem jego nadgarstki, drugą zaś sięgnąłem do jego ust. Chciałem ich jeszcze raz zasmakować.
-Teraz cię rozknebluję, pod warunkiem, że będziesz cicho. – powiedziałem
Chłopak skinął głową. Powoli rozpiąłem pasek i uwolniłem usta Vica. Sekundę­później nasze usta złączone były w pocałunku. Wyczekałem moment, aż Meksykanin ulegnie i rozchyli wargi i pogłębiłem pieszczotę. Mógłbym przysiąc, że szatyn zaczyna się wczuwać, jednak myliłem się. Nie minęła sekunda jak poczułem ból a po nim rdzawy posmak w ustach. Natychmiast odsunąłem się od niego. Ugryzł mnie. Wolną ręką otarłem zranione miejsce i otarłem ją z czerwonej cieczy używając torsu Victora jako ręcznika. Musiałem przyznać, że wyglądał niesamowicie seksownie z roztrzepanymi włosami, rumieńcami na policzkach, poranionymi i spuchniętymi od przygryzania ustami, mieszanką ogromnej złości i strachu w oczach oraz moją krwią na klatce piersiowej.
-Nie, Vic. Nie tak się umawialiśmy. Czyż nie mam racji?-
Jego nieudane szamotaniny pode mną na nic się nie zdały, a tylko -jak poprzednio- napawały mnie większą chęcią do „zabawy”.
-Słodki jesteś jak się tak denerwujesz, wiesz?- zachichotałem, penetrując z wolna dłonią jego nagie drżące ciało. -Jak taka mała szmaciana laleczka.-
Mój śmiech potoczył się głucho po zupełnie ciemnym jak i pustym lesie.
-Tylko zapomniałeś o czymś równie ważnym.- oblizałem łzy spływające po jego czerwonym licu. -Mianowicie o tym, że mała szmaciana laleczka już od jakiś 20 minut ma nowego właściciela.- wpiłem się w jego soczyste rozpalone od nadmiaru emocji usta nadgryzając je zarazem.
                Chyba zrozumiał, że stawianie jakiegokolwiek oporu nie ma sensu. Leżał teraz tylko na wilgotnej ściółce bierny na jakiekolwiek moje działania. Skoro już się poddał to nie mam nic do stracenia. Oderwałem swoje wargi i ze złowieszczym wręcz wyrazem twarzy ponownie w niego wszedłem. Poruszałem się w nim energicznie aż nie poczułem tego błogiego uczucia. Za to twarz Victora nie przejawiała już żadnych emocji oprócz bólu i upokorzenia. Czułem się jak bóg. Wiedziałem, że teraz mogę zrobić z nim wszystko bo chłopak nie będzie nawet próbował się bronić. Przegrał. 
Z ust Meksykanina kolejno wydobywała się wiązanka niewyraźnych przekleństw na młodszego towarzysza. Młodszego. Właśnie. To dlaczego to on -starszy- był właśnie gwałcony? W dodatku to sam Vic chciał pomóc mężczyźnie a przy okazji na tym skorzystać. Podczas gdy Kellin ponownie dochodził w jego głowie zawitała nowa myśl. Spuścił się w wygodnym, ciasnym wnętrzu chłopaka.
-Teraz może coś...nowego?- obdarzyłem Vica paroma ciepłymi pocałunkami po czym wstałem i odszedłem zostawiając go na krótką chwile samego.
Skierowałem się do swojego rozbitego samochodu. Szczerze mówiąc to sam nie wiedziałem jakim cudem do niego doszedłem i się nie zgubiłem. Otworzyłem przednie drzwi od strony pasażera a następnie to samo zrobiłem z drzwiczkami od schowka. Wyciągnąłem z niego scyzoryk i z szatańskim wręcz wyrazem twarzy wróciłem do swojej ofiary.  Leżał w takiej samej pozycji jak go zostawiłem, nie ruszył się nawet na milimetr. Grzeczny chłopczyk.
Usiadłem koło niego i zacząłem bawić się ostrym narzędziem przejeżdżając nim po własnej skórze.  W jednym miejscu, na nadgarstku przycisnąłem nożyk mocniej. Poczułem jak trochę czerwonej cieczy opuszcza moje ciało.  Krew spływała wolno wprost na tors Vica obserwującego mnie z chęcią mordu. No cóż, nie dziwie mu się. Jednak na całe szczęście- głównie dla siebie- nie sprawiał większych oporów co do moich działań, typu rzucenie się w pogoń, czy też przejęcie inicjatywy w takowym momencie. Z chichotem usiadłem na niego. Chciałem go słyszeć pomimo tego, co będzie mówił jednak on uparcie milczał. Pieszcząc co chwila jego ciało kaleczyłem je pojedynczymi cięciami na jego seksownej klatce piersiowej. Wzdłuż, po skosie, w poprzek. Raz to krócej, a raz dłużej, aby móc zatopić całe ostrze w jego rozgrzanym, drżącym ciele. Jęki wydobywały się z jego ust coraz to głośniej i donośnie. Odczuwałem w ten sposób pewien dziwny rodzaj aprobaty, jakby jękami chciał zachęcić mnie do działania. Jednak szloch wydobywający się z jego ust dawał jasno do zrozumienia, że tak nie jest. Dlaczego więc myślałem inaczej? Jedynym audytorium towarzyszącym nam oboje był gęsty, porośnięty las i pojedyncze mniejsze zwierzęta, które na moją korzyść nie miały wpływu na to co robię. Absorbowałem każdy jego spazmatyczny ruch i szloch w głąb swojego umysłu doprowadzając samego siebie w krótkotrwały stan solipsyzmu, co jednak na niewiele się zdało, aby uświadomić mi dogłębnie do robię. Byłem zadowolony ze swojego dzieła. Tak. Bardzo zadowolony. Jednak nie zamierzałem zostawić Vica z bliznami. Chciałem czegoś więcej.
                Wraz z tym co zaraz miałem zrobić pękła we mnie ostatnia bariera. Ludzkie odruchy jakie we mnie zostały zniknęły. Przejechałem ostrzem wzdłuż mostka chłopaka obserwując jego twarz. Ciemne tęczówki mojego towarzysza wpatrywały się w scyzoryk z przestrachem. 
-Nie rob tego.- usłyszałem jego cichy szept. – Proszę, nie… - po jego policzku stoczyła się kolejna łza.
Czyli wiedział co planuję zrobić. Tym lepiej.
-Przepraszam kochanie.-
Z tymi słowami na ustach wbiłem chłopakowi nóż w pierś, prosto w serce.  W jego oczach błysnęły ostatnie iskierki i zamarły w bezruchu wpatrując się w nicość. Otwarł usta w ostatnim krzyku, który jeszcze przez kilka dobrych chwil przecinał ciszę panującą w całym lesie.  Szkarłatna krew opuszczała jego ciało i z każdą sekundą było jej więcej.  Wstałem i pozbierałem swoje porozrzucane wszędzie ubrania. Nałożyłem je na siebie i ponownie uklęknąłem obok, już martwego, Victora. Jednym ruchem dłoni zamknąłem jego powieki i złożyłem na czole krótki pocałunek. O tak, teraz czułem się stuprocentowo spełniony. Czy było mi źle z tym, ze zabiłem człowieka? Szczerze, to ani trochę. Nowy, zły i nieczuły na nic Kellin – potwór przejął całkowitą władzę nad tym wrażliwym, którym byłem kiedyś.
                Chwile jeszcze klęczałem nad zwłokami Vica wpatrując się w bezwładne ciało. Nagi, samotny, a teraz już nawet martwy - takim był w owej chwili. Śmieszne, bo jeszcze niedawno temu był Dobrym Samarytaninem chcącym pomóc przejezdnemu zaspanemu frajerowi z popsutym samochodem. A jak skończył? Leżąc na zimnym gruncie bez jakiejkolwiek pomocy, której to On potrzebował. Ale już było za późno. Nadzwyczajnie w świecie n i e  ż y ł i nawet sam dr House by mu nie pomógł. Westchnąłem głośno, narzuciłem na niego jego ciuchy i oddaliłem się do wozu. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, który tam ciągle był i nacisnąłem pedał gazu po czym ruszyłem oddalając się od drzewa, które jakiś czas temu mnie zatrzymało i od ciała, które tak chętnie służyło mi „pomocą". Teraz już nie byłem śpiący, jechałem prosto przed siebie a światła mojego wozu przecinały wszechogarniającą ciemność. Nie patrzyłem na licznik, ale i bez tego zdawałem sobie sprawę, ze przekroczyłem dozwoloną prędkość. I to bardzo. Cienie przydrożnych drzew migały jak opętane a głośny szum powietrza otaczał mnie z każdej strony. Zwolniłem jedynie odrobinkę gdy poczułem znajomy zapach cytrusów. Cholera, Victor tak mocno pachniał, ze nawet moja koszulka przesiąkła jego zapachem. Nie dawał o sobie zapomnieć. W głowie miałem jedynie mętlik. Powoli jakby dochodziło do mnie czego się dopuściłem, na co pozwoliłem swojemu nieopanowanemu umysłowi, i co zrobiłem. Odebranie życia osobie, która przez jakąś chwile napawała mnie przyjemnością, obdarzyła pieszczotą, a następnie przyjemnym dreszczem i w końcu spełnieniem. Nie. Teraz taka wiedza, a raczej- dokonany już czyn- nie dawał mi zadowolenia. Ani trochę. Przyspieszyłem. Jechałem teraz równo 180km/h. Nie baczyłem na pojazdy mijane po drodze co jakiś czas. Włączyłem radio. Mój ulubiony kanał, który puszczałem sobie za każdym razem, gdy chciałem się odprężyć w drodze powrotnej ze studia, wywiadu czy po prostu z niechcianego spotkania ze-równie niechcianymi- znajomymi lub innych podobnych wizyt. Leciało akurat In Loving Memory Of You Despite You Asking Alexandrii, Wszędzie rozpoznałbym te nutę. Ten utwór za każdym razem wprawiał mnie w stan najwyższej świadomości i najbardziej racjonalnego myślenia. Z każdą sekundą trwania utworu dochodziło do mnie coraz bardziej jakiego potwora stworzyłem z samego siebie. Byłem wściekły. Teraz mijałem już tylko metrowe latarnie, oświetlające drogę niczym jasne światło w nieskończenie długim, ciemnym tunelu.. jak podczas śmierci klinicznej. Sekundy świadczyły o tym jaką odległość mijałem. Przyspieszyłem. Znowu. Ale nie dbałem o to. Na liczniku było już chyba 200km/h. Moja perfekcyjnie wyćwiczona jazda zmieniła się - jak poprzednio - w naganną ucieczkę przed samym sobą. Mili sekundy świadczyły o tym, kiedy dotrę do mostu. Czekał mnie jeszcze zakręt, którego nigdy nie cierpiałem. Teraz doszło do mnie, że to co zrobiłem było… nieludzkie? Złe? Egoistyczne? Okropne… Czy naprawdę musiałem to zrobić żeby to zrozumieć? Dlaczego w trakcie mnie nie oświeciło? Dlaczego w ogóle się do tego dopuściłem? Czy zawsze, aby człowiek zrozumiał swoje postepowanie, ktoś musi się temu poświecić? Najwyraźniej tak… Wziąłem mocny zakręt w lewo prostu wjeżdżając na most. "Idiota" - pomyślałem - "No cóż, już za późno na takie wywody. Teraz czeka mnie kara…" Nieuważny skręt. Nadjeżdżający tir. Rozpędzony równie szybko co mój wóz.

Niby chwila nieuwagi… a jednak.

Kara. Kara, która czekała na mnie tuż za zakrętem. W ten sposób odpokutowałem swój mało przemyślany wcześniejszy czyn.

No tak… co dają dwa rozpędzone pojazdy, cholernie słaba widoczność i…szok? Świadomość, która powitała mnie odrobine za późno?

Cóż… za wiele dać nie mogą. Ale na pewno niosą ze sobą czyjąś śmierć. I zgubę kolejnej duszy w świecie zmarłych. W świecie tych, których już z nami nie ma. Oczywiście, o ile takowy istnieje. Zawsze byłem taki jak wszyscy, wierzyłem - a raczej chciałem wierzyć, wpajałem sobie, że tak jest chociaż boga nie uznawałem. Istnieje jakiś afterlife?

Mojego o wiele mniejszego kabrioleta  tir z łatwością zepchnął poza niską barierkę, która i tak była w moim przekonaniu totalnie zbędna, gdyż nie potrafiłaby uratować nawet pijanego rowerzysty. W mgnieniu oka zorientowałem się, że mój samochód spada z kilkunastometrowego mostu, a ja wraz z nim w środku! Modliłem się, żeby to nie była prawda. Szarpałem żmudnie za klamkę drzwiczek od strony kierowcy i pasażera, jednak to było na nic. Jakby ten sam pojazd, który przez ostatnich kilka lat był mi tak na rękę, teraz nagle zbuntował się przeciwko mnie.

Oczywistym było, że to będzie kara. Za Victora i za wszystko co złe uczyniłem innym i sobie. Tak bardzo tego żałowałem. Jednak gniew i nienawiść do wszystkiego wokół wcale nie zmalała. W umyśle jednocześnie przepraszałem i wyklinałem wszystkich jak tylko mogłem. Myśli dosłownie szalały narastając, każda coraz to potężniejsza. Po kilku sekundach mój wóz zatopił się w rwącej rzece niczym niewinne dziecko w miękkiej pościeli kładące się właśnie spać.

 Ja byłem takim dzieckiem szykującym się fizycznie i psychicznie do snu. Snu, który dla mnie będzie trwał na zawsze.

Przez drzwiczki, okna, a także wysuwany - teraz na szczęście (jakkolwiek można to szczęściem nazwać) zasunięty - dach wlewała się coraz to większymi strumykami woda. To właśnie ona szykowała mnie teraz do snu. Jednak nie zamierzałem się tak łatwo poddawać. Szarpałem i waliłem o drzwiczki wozu, aby móc się wydostać z tej pułapki losu i wynurzyć twarz nad tafle rwącej wody. I to zdało się być na nic. Zatrzaśnięte, w dodatku pchane ciśnieniem wody nie dawały za przegraną.

Czułem jak w płucach aż rozrywa mnie od środka z braku tlenu.

Po trwającej kilka minut walce Dawida z Goliatem przegrałem.

Oczyściłem płuca z tego co jeszcze w nich pozostało, aby następnie bezwładnie opaść na skórzane siedzenie wozu. Teraz już całe wnętrze przepełnione było słodką rzeczną woda, pokrywając moje ciało z każdej strony niczym ciepła pierzyna.
                Coraz ciszej i ciszej. Przestały docierać do mnie jakiekolwiek dźwięki, obraz stawał się rozmazany, jakby przysłonięty mgłą. Jednak ta mgła nie miała się rozmyć tak jak te, które powstają rankiem i z każdą minutą dnia unoszą się i znikają z powierzchni ziemi, tylko otulić mnie całego i zabrać ze mnie życie. Zrobiłem coś złego... tylko złego? Bardziej pasowałoby tu określenie nieludzkiego, bestialskiego… mniejsza. Jak to się nazywa? Karma? Tak, chyba tak. Zrobisz coś dobrego, los odpłaca ci dobrym, zrobisz coś złego to spotyka cię nieszczęście. I tak prawdopodobnie było w moim przypadku. Otrzymałem jak najbardziej zasłużoną karę. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie…
                Woda była nieprawdopodobnie zimna. Czułem jakby w skórę wbijano mi miliony małych igieł. Słyszałem coraz wolniejsze bicie własnego serca.  Skoro mózg nie otrzymywał tlenu to praca serca jest spowolniona… em, czy coś w ten deseń. W szkole nigdy nie byłem dobry z biologii. Chciałem żeby to się już skończyło, ciecz wlewała się we mnie przez nos i usta. Brr, okropne uczucie.  Mgła przed moimi oczyma ściemniała i stała się czarna. Tak, to ten moment. Umieram.
                Ten cały mrok zaczął nagle jaśnieć. Co tu się do cholery wyrabia, czy to tak wygląda śmierć? Igiełki wbijające się w moje ciało nagle znikły, zastąpiło je… ciepło? Uchyliłem usta, natychmiast wpadło w mnie trochę tlenu, Otworzyłem je szerzej i zacząłem oddychać łapczywie, chcąc wtłoczyć w swój organizm jak najwięcej tlenu. W tej chwili nie zdawałem sobie sprawy z tego jakie to dziwne. Jeszcze kilka minut temu byłem uwięziony we własnym samochodzie, który na domiar złego wpadł do rzeki. Kurwa mać, przecież ja umarłem, skąd tu powietrze i ciepło? I czemu ja w ogóle myślę? Czy to tak wygląda życie po życiu? No proszę, jednak ci ludzie, którzy w to wierzą mają rację. Otworzyłem powoli oczy i zobaczyłem ciemne korony drzew idealnie kontrastujące z jasnoszarym niebem. Niecałą sekundę później usłyszałem głęboki, męski głos.
-Na szczęście, już się bałem, że się nie obudzisz.
Spojrzałem w stronę skąd dochodził głos i o mało nie dostałem zawału. Co Vic tu robi? Przecież ja go… ja go zabiłem… kurwa, co się tu dzieje? Siedział na fotelu pasażera, obok mnie. Nasze ciała dzieliło dokładnie nieco więcej ponad dwadzieścia centymetrów. Dotknąłem policzka mężczyzny. Chciałem się upewnić, czy to nie jest jakaś zjawa. Jednak pod palcami poczułem ciepłą, delikatną skórę.
-Jezu, ty żyjesz…
-Tak, żyję. I ty też. – uśmiechnął się zdezorientowany – A tak w ogóle to mam na imię…
-Vic. – przerwałem mu
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko jeszcze szerzej. Gdzieś z drugiej strony  usłyszałem nadjeżdżające pogotowie.
-Co się stało? – zapytałem
-Jechałem drogą tuż za tobą. Nagle twój samochód zjechał i uderzył w drzewo. Nie mogłem nie zareagować. – odpowiedział
Nie zdążyliśmy więcej porozmawiać. Sanitariusze wyjęli mnie z samochodu i położyli na noszach. Victor cały czas stał z boku i obserwował mnie. Uśmiech nie schodził z jego przystojnej twarzy. Ten człowiek po prostu rozsiewał wszędzie pozytywne uczucia. Wsadzili mnie do karetki. Zrobiło się niezłe zamieszanie, cała masa ludzi, regularne pikanie maszyn, do których mnie podłączyli. Zauważyłem tylko jak Victor pomachał mi cały czas szeroko się uśmiechając. Potem tłok zrobił się jeszcze większy, dojechały policyjne radiowozy i całkowicie straciłem go z oczu.  Drzwi ambulansu zamknęły się i odjechaliśmy. Nigdy więcej go już nie spotkałem. 

6 komentarzy:

  1. takie fan fiction to ja mogę czytać! naprawdę. tym bardziej, że to Kellic. czekam na Wasze kolejne dzieła i możecie być pewne, że będę czytać, jeśli reszta Waszych prac będzie równie dobra. tak trzymać, pozdrawiam, ja :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Wat. Zaczyna się spokojnie, potem robi się to trochę chore i nagle.... mindfuck. Opis tej "śmierci" był świetny, przeczytałam go na bezdechu. Podoba mi się to c: mam nadzieję, że będzie tego więcej @misiafrommars

    OdpowiedzUsuń
  3. O boże, trafiłam sobie na to tak jakby przez przypadek, zobaczyłam, ze to Kellic to idę czytać. Początek w miarę spokojny, później masakra a następnie ta smierć i to przeniesienie czy jak to nazwać. Kocham takie popierdzielone opowiadania, na pewno wrócę i będe czytac na bierząco! Bardzo fajnie piszecie, podoba mi się XD
    ale Wam naslodziłam XD ale zgodnie z prawdą XD

    OdpowiedzUsuń
  4. OMG, TO JEST IDEANALNE :O CZEMU GWAŁCĘ CAPSA? TO TE EMOCJE. NSADJHASDV DOMAGAM SIĘ WIĘCEJ! ;_;

    OdpowiedzUsuń
  5. Meeega, bije pokłony dla autorek :') <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Meeega, bije pokłony dla autorek :') <3

    OdpowiedzUsuń