Witamy ponownie. ;3
Dosyć długi czas nie wstawiałyśmy nic a nic, ale na wytłumaczenie mamy to, że aktualnie piszemy dla was coś, co miejmy nadzieję się Wam spodoba, aczkolwiek nie będzie to Kellic. Także cierpliwości niedługo pojawi się nowa notka. No więc w międzyczasie wrzucam Wam coś mojego autorstwa. Postacie też są własne, żeby nie było nieporozumień. Już na wstęp chcę uprzedzić, że w tym shoocie celem nie jest upokorzenie ani obrażenie praktykujących wiernych katolików.W związku z czym jeśli do takich właśnie należysz i słowa w stylu; ,,Boga nie ma" Cię obraża czy bulwersuje- nie wchodź, nie czytaj, wyjdź. I proszę nie odbierać tego w 100% na poważnie, bo o to tu nie chodzi.
Nie przedłużając...miłego czytania.
Dżeff. (≧∇≦)
---------
Masashi & Kaysu
Innocent Sin
Nie. To nie moja wina.
Oczywiste, że byłbym ostatnią osobą, którą można by oskarżyć, obwinić czy też pytać, dlaczego.
Nie. Przecież ja nim oddychałem w pewnym sensie także żyłem.
Nie mogę się winić za coś, co wydarzyło się z powodów czysto naturalnych. Przecież tysiące ludzi tak kończy, a wszystko idzie dalej nie przywiązując większej uwagi, bo przecież tak nie można, a już na pewno nie długo. Choć dla mnie samo "krótko" znaczy poddaną. Więc przestań Masashi. Po prostu przestań.
Przepychałem się w przód, żeby po raz ostatni zobaczyć dębową urnę Sariochiego. Od tego tłumu przyznam zrobiło się dość duszno, a już zwłaszcza czuć było mocne damskie perfumy o kwiatowym zapachu, przez co powietrze w płucach starałem się przetrzymywać jak najdłużej. Było dosyć dużo osób mimo ulewnego deszczu, który ciął wskroś każde pogrążone w żałobie ciało. Wstrzymałem oddech skupiając wzrok na wyrytym na ścianie jego imieniu.
Jeszcze chwila i nie wytrzymam, przecież człowiek nie jest z kamienia. Ale nie. Nie ja. Masa ludzi, nie dziwie się, trudno było nie lubić Sariochiego. Przyjaźniłem się z nim kilka dobrych lat, a ostatnio nawet byliśmy bliżej niż zazwyczaj. W umyśle każda myśl plątała się z sobą naprzemian nie mogąc znaleźć punktu kulminacyjnego swojej egzystencji. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi w większości jednakże studentów. I karmiłem się ich smutkiem i płaczem zatrzymując tym samym swoją wewnętrzną stratę. Właśnie tym widokiem napawałem się do syta przez długą chwilę. Można by nawet rzec, że w pewnej sekundzie rozbawiło mnie to jak oni mocno to odczuli.
Głupcy. Idioci, którzy myśleli i wciąż myślą, że każdy będzie wiecznie, a przynajmniej tak długo jak sami istnieją. To tylko prochy po ciele, jego już nie ma nie łudźcie się, że patrzy z góry siedząc na chmurce wraz z aniołkami i świętymi. Każdy płakał, mówił, jakim dobrym i przyjaznym był uczniem, jaki żal, że już go nie ma. Tylko nie ja. Czułem jak serce w pewnej chwili bije tak szybko, że istniała możliwość, że zaraz wyskoczy ze mnie 200/h, a w pewnej spowalnia, zatrzymuje i już nie bije. Bardzo było mi smutno z tego powodu, ale dusiłem wszystko w sobie. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś mnie ruszyło. Nikt nigdy nie widział jak się zamartwiam czy płacze. Z wyjątkiem Sariochiego. Ale jego już nie ma to się nie liczy. Sariochi cztery dni temu miał zawał serca, niewiadomo, dlaczego. Po prostu z dnia na dzień serce dwudziesto-dwu letniego studenta architektury przestało bić. Tego dnia nie widzieliśmy się od rana, można by rzec, że miałem nawet wrażenie, że mnie unika. Tamtego dnia byłem też zbyt zajęty, więc nie zawracałem sobie nim głowy. Wmawiałem sobie, że tak wielu kończy, to nie koniec świata. A jednak. Ale byłem pewien, że nie chciałby żebym teraz przeżywał jakieś załamanie z tego powodu, bo przecież JA dalej żyję. Stałem przy wielkiej dziurze w betonowej ścianie gdzie miała stać urna Sariochiego wkładana właśnie przez dwóch mężczyzn wpatrując się w trumnę. Zobaczyłem przed nią księdza, odmówił krótką modlitwę i każdy rozszedł się na stypę. W trakcie modlitwy nie skupiałem się szczególnie na słowach przez niego wypowiadanych, a na... ubiorze przybyłych. Głupie? Wiem, ale co z tego skoro i tak nikt nie wie, o czym myślę? Poza tym istotne byłoby wiedzieć, którzy tak naprawdę przyszli tu tylko dla pokazówki, którzy naprawdę z własnej woli, a którzy tak jak ja - z pewnego rodzaju wewnętrznego przymusu. W którymś momencie zaciekawiło mnie, jaką farbą czy też za pomocą, czego wypisane są te wyrazy na gładkiej betonowej ścianie.
Oddech. Wolny. Mój. Przyspieszyłem go, ale tylko trochę, chyba nawet niepotrzebnie.
Znów wolny. Jedyne, co dochodziło do mojego mózgu to; płaszczące się błoto pod butami i uderzający o ziemię deszcz. Krople. Gęsty.
Po bezsensownej jak dla mnie paplaninie księdza szedłem sam nie zważając na błoto i kałuże przez ogromny cmentarz, usłyszałem czyjeś kroki tuż przy mnie, ale nie obracałem się, niepotrzebnie zawracać sobie głowę.
Koniec monotonnej ciszy. Mocne, kroki dają mi znać, że to "On", nie jakaś kolejna zapłakana w chusteczkę panna. Facet. Albo może i obojnaki? Mniejsza z tym.
- Szkoda chłopca. Taki młody i zdolny. Ale widocznie Bóg tak chciał. - Odezwał się niski głos- ksiądz, zgadywałem, to pewnie było do mnie, ale udałem, że nie słyszę i szedłem dalej, ignorując słowa kierowane do mojej osoby. Ale ten mężczyzna dalej za mną szedł. Trochę jak bezdomny ewentualnie pies pytający... wróć - proszący o oswojenie.
Wdech, wydech. Wolniej Masashi, WOLNIEJ!...
- Znaliście się? - Spytał nagle mnie, wyrównując krok do mojego. Rzuciłem spojrzenie w jego stronę szybko obracając głowę wprost. Miał długi, czarny płaszcz zamiast sutanny, co trochę mnie zdziwiło, bo stawiałem na księdza i glany, co tym bardziej było niepodobne do kogoś o takim zawodzie. Był też wyjątkowo ładny jak na osobę wyrzekającą się wszelkich dóbr, przyjemności dla kogoś, kto prawdę mówiąc w pewnym sensie nie istnieje. Jak dla katolików Allach. I młodo wyglądał, ale coś mówiło mi, że to jednak jakiś diakon czy ktoś z kościołem związany.
- Tak. - Odpowiedziałem patrząc przed siebie.
- Nie widać, abyś jakoś to przeżywał. - Znów zagadał. Czułem na sobie jego nachalne spojrzenie.
- Życie. - Nie wysilałem się specjalnie z odpowiedziami. Szedłem do ,,Marquez" restauracji, w której miała się odbyć stypa. Wciąż utrzymywałem wolny oddechy bojąc się, że szybsze wywołałyby coś w rodzaju histerii, konieczności powrotu na ten cholerny cmentarz, zabrania tej cholernej urny, wysypanie prochów na swoim łóżku i próby jak ci idioci przywrócenia go z powrotem. Ale nie jestem kimś... Nekrofilem? Nie...Po chwili byłem na miejscu, co dziwne ten... koleś przyszedł za mną.
- Kim ty do cholery jesteś, że tu przyszedłeś? - Spytałem z lekką nutą podenerwowania w głosie zdejmując płaszcz w restauracji przy jednym ze stolików. W środku panował półmrok, ludzie wstawali, chodzili, wchodzili, wychodzili ogółem tłok jak tam na cmentarzu.
- Kaysu. Nowy ksiądz, przeniesiono mnie tu z Kioto do Osaki. Rodzina Sariochiego była jedną z niewielu chrześcijan, więc taki pogrzeb to rzadkość. Zostałem przez nich zaproszony.
- Nie prosiłem o sprawozdanie. - Rzuciłem. Usiadłem, a on naprzeciw mnie.
- A ty jak masz na imię młodzieńcze? - Uśmiechnął się.
- Masashi. I nie mów do mnie "Młodzieńcze", bo sam wyglądasz na 20. - Przyglądnąłem mu się dokładniej. Był całkiem niezły; szczupły, wysoki, doskonały rys twarzy- można by powiedzieć, że przypominał trochę kobietę. Jeden minus to coś, czego, na co dzień osobiście nie potrafiłem znieść - ksiądz. Chociaż ciekawie byłoby przelecieć księdza, haha prawiczka zresztą. Pozwolić mu się wykazać. Uwolnić długo letnią chęć wyzwolenia skrytych głęboko marzeń. Tyle, co mogę.
- Nie powinienem się tłumaczyć, ale mam 35 lat, nie 20, młodzieńcze. - Podkreślił dokładnie swoją liczbę popijając kawę w filiżance na stoliku. Zignorowałem. Po ciągnącej się sekundami ciszy między nami, Kaysu zaczął rozglądać się, wstał.
-Teraz należałoby złożyć kondolencje. - O dziwo ciągłe miał na sobie płaszcz. Po chwili wstałem także z moim płaszczem i ruszyłem za nim w stronę matki Sariochiego. Kobieta w "małej czarnej" do kolan, prześwitujący koronkowy także czarny stanik uwydatniający olbrzymie, krągłe piersi, które bardziej zwracały sobą uwagę niż śmierć syna. Zwykła pokazywać na każdym kroku swą wszechmogącą kobiecość i grację tak, więc na stypie także sobie nie pożałowała. I wysoki, grubawy mężczyzna stojący tuż przy niej z kwiatami widocznie chcący ją w pewien sposób pocieszać.
Gdy nastąpiła moja kolej zrobiłem, co należało oddalając się od jej stojącego wręcz biustu. Po złożeniu kondolencji Kaysu udał się ze mną do pomieszczenia na garderobę, gdzie mieliśmy zostawić płaszcze. Obijał się- definitywnie. Stałem oparty o ścianę z założonymi rękoma obserwując niezdarność tego "księdza". Był tak nieporadny, że nie potrafił rozpiąć guzików we własnym płaszczu. Po jego paru nieudanych próbach chciałem mu wygarnąć, co nieco, powierzchownie, ale nie jestem dzieckiem. Prychnąłem i podszedłem do niego odpinając z góry jeden po drugim. Wyraźnie zrobiło mu się głupio, nagle się zarumieniał drapiąc po kurczawo brązowych włosach.
- D-Dziękuje za uprzejmość...Pan Bóg ci tego nie zapomni. - Wyjąkał wieszając płaszcz na stojącym wieszaku tyłem do mnie.
- Daruj sobie, to tylko guziki. - Prychnąłem tonem, jakim zwykłem mówić do znajomych dalej go obserwując. W pewnym momencie spadł mu płaszcz. Kaysu pochylił się po niego nachylając się pod takim kątem, że jego tylne ciało w tym stanie wyglądało idealnie. A ja w jednej sekundzie się do niego przekonałem. Długie, smukłe nogi schowane pod czarnymi jeansami, a u góry tych jeansów spora, wystająca wypukłość i tyłek wypięty wprost w moją twarz, jakby się prosił o gwałt. I w tej samej chwili przypomniało mi się jedno z jakiś tam uczynków względem ciała "Spragnionych napoić", co zinterpretowałem w swój sposób. Przez myśl przeszło mi wyłącznie jedno, aby zaspokoić narastającą z sekundy na sekundę potrzebę. W tym momencie naprawdę byłem tego "spragniony", a on jako dobrodusznik powinien mnie "napoić". I chociaż byłem od niego o dziesięć lat młodszy to liczyłem, że nie odbierz mnie jako niewyżytego gówniarza, czekającego tylko na pieprzenie pierwszego lepszego. Mózg mówił jedno, a ciało robiło drugie. I nawet mimo tego, że od zawsze negatywnie byłem nastawiony do ludzi tego pokroju coś mnie do niego ciągnęło. Nieugięta chęć współżycia. Podszedłem do niego tak cicho, że nawet nie zauważył, wyprostował się i obrócił twarzą do mnie, gdy postanowiłem się odezwać.
- Kaysu.
- Tak? - Stanowczo kobieco to zabrzmiało. Wtedy przytrzymałem go ramieniem do ściany i całowałem mocno w gorące wargi. Dziwne, bo nie protestował, ale odwzajemnił. W końcu zaprzestałem pocałunek ironicznym uśmiechem oblizując dolną wargę.
- Nigdy nie podkusiło cię, żeby złamać przykazanie? - Zachichotałem ciągle go przytrzymując.
-...To grzech! - Zdążył wydusić, kiedy znów go namiętnie pocałowałem drugą dłonią zjeżdżając w dół jego partii ciała do spodni. Dotarłem do jego punku przejeżdżając delikatnie opuszkami. Większy niż się spodziewałem i chętny pieszczot. Kiedy wyczuł moją dłoń na swojej męskości odepchnął mnie mocno. - To grzech cudzołożyć przed zawarciem związku małżeńskiego! - Wykrzyczał zbulwersowany. Tak mocno mnie pchnął, że poleciałem na ścianę naprzeciw, szczerze zdziwiony takim postępowaniem. Jak może mnie tak traktować? Chcę dla niego w pewnym sensie dobrze, a on to odrzuca. Może i nie znamy się niewiadomo jak długo, ale wiem, że obaj tego chcemy, a on nawet potrzebuje. Na wpół stojąco pochylony o ścianę przez chwilę patrzyłem na niego z podniesionymi brwiami grobową miną, po czym zaśmiałem mu się prosto w twarz. Moje spokojne, wyregulowane oddechy zmieniły się w łapczywe wchłanianie powietrza do płuc. Dlaczego teraz, gdy już jest tak blisko on zmusza mnie do zamknięcia się na siebie? Trudno, w takim razie jest to dla mnie znak, że mogę liczyć tylko seks z jego strony, bo uczuciem nie może mnie darzyć pomijając jego "zawód", bo zna mnie za krótko, a także, dlatego, że ja tego nie chcę. Jeżeli on teraz się na to nie zgodzi będę zmuszony do posunięcia się do pewnego rodzaju przymusu, nie nazwę tego gwałtem. Chociaż tak wygląda. Zatoczyłem ramionami koło drapiąc się w kark.
- Nie ma na świecie osoby, która przed 40-stką nigdy o tym nie myślała i nie chciała. Nawet sam papież. Ty też nie jesteś święty, więc nie pieprz bzdur. - Wyśmiałem go podchodząc powoli.
- I nie bluźnij grzeszniku! - Wyrwał cofając się bliżej ściany. Z pozorów wyglądał na wystraszonego, natomiast jego penis mówił, co innego, gdyż zdążyłem zauważyć, że najzwyczajniej w świecie mu... Stanął. Co rozbawiło mnie bardzo. I też natchnęło do dalszych poczynań.
- Zaraz tym grzechem podzielę się z tobą. - Uśmiechnąłem się szyderczo i rzuciłem mu się na usta jak wampir swojej ofierze. Przytrzymałem dłońmi jego rozgrzane, zarumienione policzki i wnurzyłem język w jego usta penetrując każdy kąt. Delikatne i słodkie- takie miał wnętrze. "Pf, niby taki święty, a sam swój język wepchnął w moje usta. Niezły mi ksiądz." I nie wiem, czemu, ale nagle samo do głowy wepchało mi się kolejne przykazanie. Drugie przykazanie miłosierdzia, co do duszy; "Nieumiejętnych pouczać". Dziwne, nie bywałem w kościele od 16 roku życia, kiedy to po raz ostatni byłem tam na bierzmowaniu, potem nawet nie miałem ani jakiejkolwiek styczności z teologią, więc nie wiem skąd teraz taki przypływ katechizmu. No cóż będę dobrym uczniem Jezusa i uczynię jak mówi sam katechizm. Puściłem go na chwilę i szybko zamknąłem drzwi na zamek, aby czasem ktoś ze stypy tu nie wparował. Wracając do towarzysza zauważyłem, iż ułatwił mi zadanie, rozpinając kolejne guziki w swojej koszuli. Czyli jednak chciałeś księżuniu. Kłamca, ale przynajmniej nie stawia jakichś większych oporów. Kiedy zwinnie pozbawiłem go ubrania lepiej spostrzegłem jego delikatne, smukłe ciało. Istny playboy- dosłownie(w sensie wyglądu). Stojąc tak nago przede mną zdawał się oddać mi cały. Jego nabrzmiała męskość prawie stała, zgaduje, iż pewnie na samą myśl tak mu buzuje. Zająłem się znów jego niewypieszczonymi wargami nadgryzając je delikatnie, potem zjeżdżając ustami niżej. Klęknąłem zrzucając z siebie garderobę, po czym przyciągnąłem go do poziomu. Położyłem całkiem nagiego na podłodze uśmiechając się na ten widok. Byłem tak spragniony, że wolałem od razu przejść do konkretów. Zamknął oczy, a ja rozsunąłem mu długie nogi pochylając się nad prawiczym ciałem. Ująłem w dłoń jego członek, na co drgnął i zacząłem wykonywać ruchy, z początku wolne. Wił się, co chwila, widocznie napraaawdę tego potrzebował, bo po zaledwie krótkiej chwili jękając upragnienie doszedł spuszczając się mi w dłoni. Zignorowałem to i rozsunąłem jego nogi szerzej ostrożnie wkładając w niego swoją męskość, żeby czasem się nie spłoszył i nie wybiegł stąd nagi ze sprzętem na wierzchu. Jęknął cicho leżąc spokojnie. Upewniłem się, że nie zwieje, więc mogłem robić to pewniej. Po paru minutach doszedłem rozkoszując się przyjemnością, erekcja dosięgała prawie celu. Wtedy zaczęło mi się robić to trochę zbyt spokojne, więc zacząłem go nad zwyczajniej pieprzyć mocno, gwałtownie, ale za to dobrze. Tego, co mu robiłem nie można by już nazwać seksem, zwyczajne pieprzenie, ale mi to nie przeszkadzało. W środku był gorący od nadmiaru podniecienia. W końcu doszedłem spuściłem się w nim wypełniając go od środka. Osiągnąłem ekstazę. Kaysu leżał bezwładnie, tak niewinnie wciąż cicho tylko, co jakiś czas pojękując, chyba byłem troszeczkę za brutalny w stosunku do niego, w końcu to jego pierwszy raz. Gładziłem go po delikatnym torsie uśmiechając się lekko widocznie. Wiedziałem, że nie możemy tu zbyt długo zostać, bo to w końcu miejsce na garderobę, a nie na... zabawy. Całowałem go jeszcze chwilę, wstałem i zacząłem się ubierać spokojnie, niespiesznie zerkając w ułamku sekundy w ciało wciąż leżące na zimnej kafelkowej podłodze.
Kiedy to zrobiłem rzuciłem mu jego ciuchy na ręce.
- Trzecie przykazanie cnoty kardynalnej- "Umiarkowanie". Ubieraj się. - Usiadłem na stołku w kącie pomieszczenia zakładając nogę na nogę. Ubrał się powoli wyszarpując z wieszaka swój płaszcz. Uśmiechnąłem się zadowolony do niego. Wyglądał na dość załamanego tym, co zaszło i chyba wkurzonego na mnie. Za co? Sposób, w jaki to zrobiłem czy to, że mało z tego skorzystał? Zapadła grobowa cisza na dłuższą chwilę, w powietrzu można było wyczuć napiętą atmosferę, ale nie chrzątałem sobie tym głowy. Kaysu stał wryty bezruchu wpatrzony w ścianę, aż w końcu raczył się odezwać.
- To był potrójny grzech. - wycedził przez zęby spoglądając na mnie wrogo. Zaśmiałem się
- Hah, co?! - Parsknąłem śmiechem.
- Pierwszy, zrobiłem to, mimo, że oddałem się świadomie Bogu. Drugi cudzołożyłem przed zawarciem związku małżeńskiego. Trzeci, z osobnikiem tej samej płci, mimo, że w Biblii zapisane jest "Adam i Ewa", a nie " Adam i Adam". - Patrzył na mnie wrogo. Na to, co powiedział odpowiedziałem nie inaczej jak tylko śmiechem.
- Daj spokój. Jeżeli tak to odbierasz to po dwóch dniach ze mną będziesz istnym szatanem i wyrzucą się z tego całego kościółka. - Wstałem ciągnąc go za rękę w stronę drzwi, ale nie ruszył ani kroku.
- Muszę zrobić zadość uczynienie. Pan mi nie wybaczy tej wyłuzdanej fo... - Zatkałem mu usta palcem przysuwając twarz tak, blisko, że czuł mój oddech.
- Teraz ta "wyuzdana forma" stanie się twoją codziennością kochany. - Uśmiechnąłem się podstępnie, a jego oczy wyszły momentalnie. Czułem jak oddech przyspieszył mu o wiele. Pocałowałem go w usta naciskając swoim ciałem na jego. - A teraz chodźmy już. - Pociągnąłem go i wyszliśmy. Całą stypę Kaysu nie odezwał się już do mnie wcale, ja do niego też. Myślałem o tym jak dobrze było mi z Sariochim. Zawsze umiał mnie zadowolić chodź był nieśmiały, ale cholernie uroczy. Oblizałem łyżeczkę do kawy posyłając lekki uśmiech Kaysu.
- Na mnie już czas. - Upiłem łyk i wstałem ubierając płaszcz zabrany z pomieszczenia na nie.
- Dobrze. - Odparł i sam zaczął wsuwać na siebie płaszcz i go zapinać. Wyszliśmy razem. Przestało padać, więc tłum na ulicach Osaki wzrósł. Na świeżo oczyszczonym niebie malowała się wysoko tęcza. Słońce wysuwało swoje promienie zza jeszcze szarych, ciężkich chmur. Z drzew i budynków spadały jeszcze krople niedawno zaprzestanego deszczu. Już nie padało mimo to ludzie chodzili z parasolami starając się, aby żadna kropla ich nie dosięgła.
- Posłuchaj młodzieńcze. Nie chcę abyś traktował to jako jednorazową... - Przerwałem jego powolną wypowiedź.
- Jeżeli chcesz to dopiero pokażę ci "wyuzdaną formę". - Zachichotałem. Nie odpowiedział już nic był zażenowany, jego mina mówiła za siebie. Po chwili znaleźliśmy się koło kościoła katolickiego. Wysoki budynek z czerwonej cegły, otynkowany, z dwoma wysokimi wieżami i drewnianym krzyżem między nimi. Przed nim stało kilku, trzech może czterech księży zawzięcie o czymś dyskutujących, jak mniemam o sprawach kościoła.
- Oby Bóg wybaczył nam obu... Jutro jest spowiedź, przyjdź. - Mówił tonem proszącym kiwając głową w kierunku wysokiego budynku.
- Jasne. - Wyśmiałem go rozbawiony niecodziennymi propozycjami, co do mej skromnej osóbki. Zignorował to ruszając w swoim kierunku. A gdy odszedł chwilę wpatrywałem się w jego zgrabny tyłek i ruszyłem w swoją stronę. Przez szeroki chodnik wypełniony, co do krawędzi przechodniami. Może i uznaliby mnie za kompletnego frajera; w jeden dzień wielki przyjaciel kochający Saria po uszy, a w drugi pieprzący się z księdzem ze stypy. Ale wy tego nie zrozumiecie. W pewnym sensie jestem solipsystą, ale o nie ma nic do rzeczy.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
"Ach Sariochi nie byłbyś zadowolony gdybyś widział, że robię "to" i to na twojej stypie. Muszę po prostu odreagować twoją stratę wybacz...Nie jestem jak ci głupcy, nie wierzę, że spoglądasz na nas tam z góry siedząc na chmurce z aniołami i świętymi. Jestem po prostu realistą i z tym trzeba się pogodzić. Może i Ciebie już nie ma, ale przecież ja tu zostaje. Dwa dni przed Twoją śmiercią spędziliśmy wspaniałą noc.. dziękuje Ci za to." Myślałem o nim cały czas powrotny. Sariochi był niewysoki, miał stopniowane, lekko kręconawe, gęste, białe jak śnieg włosy do szyi. Był szczupły, nieśmiały, miły. Kochaliśmy się nawzajem jak przyjaciela i w ten drugi sposób też.
"Teraz muszę poradzić sobie bez Ciebie..."
Wydech.
,,Mów o mnie jak o zmarłym, bez Ciebie żywy już nie jestem. ''