sobota, 28 września 2013

Innocent sin

Witamy ponownie. ;3 


Dosyć długi czas nie wstawiałyśmy nic a nic, ale na wytłumaczenie mamy to, że aktualnie piszemy dla was coś, co miejmy nadzieję się Wam spodoba, aczkolwiek nie będzie to Kellic. Także cierpliwości niedługo pojawi się nowa notka. No więc w międzyczasie wrzucam Wam coś mojego autorstwa. Postacie też są własne, żeby nie było nieporozumień. Już na wstęp chcę uprzedzić, że w tym shoocie celem nie jest upokorzenie ani obrażenie praktykujących wiernych katolików.W związku z czym jeśli do takich właśnie należysz i słowa w stylu; ,,Boga nie ma" Cię obraża czy bulwersuje- nie wchodź, nie czytaj, wyjdź. I proszę nie odbierać tego w 100% na poważnie, bo o to tu nie chodzi.
Nie przedłużając...miłego czytania.
Dżeff. (≧∇≦)



---------

Masashi & Kaysu

Innocent Sin


 
Nie. To nie moja wina. 
Oczywiste, że byłbym ostatnią osobą, którą można by oskarżyć, obwinić czy też pytać, dlaczego.
Nie. Przecież ja nim oddychałem w pewnym sensie także żyłem.
Nie mogę się winić za coś, co wydarzyło się z powodów czysto naturalnych. Przecież tysiące ludzi tak kończy, a wszystko idzie dalej nie przywiązując większej uwagi, bo przecież tak nie można, a już na pewno nie długo. Choć dla mnie samo "krótko" znaczy poddaną. Więc przestań Masashi. Po prostu przestań.
Przepychałem się w przód, żeby po raz ostatni zobaczyć dębową urnę Sariochiego. Od tego tłumu przyznam zrobiło się dość duszno, a już zwłaszcza czuć było mocne damskie perfumy o kwiatowym zapachu, przez co powietrze w płucach starałem się przetrzymywać jak najdłużej. Było dosyć dużo osób mimo ulewnego deszczu, który ciął wskroś każde pogrążone w żałobie ciało. Wstrzymałem oddech skupiając wzrok na wyrytym na ścianie jego imieniu.
Jeszcze chwila i nie wytrzymam, przecież człowiek nie jest z kamienia. Ale nie. Nie ja. Masa ludzi, nie dziwie się, trudno było nie lubić Sariochiego. Przyjaźniłem się z nim kilka dobrych lat, a ostatnio nawet byliśmy bliżej niż zazwyczaj. W umyśle każda myśl plątała się z sobą naprzemian nie mogąc znaleźć punktu kulminacyjnego swojej egzystencji. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi w większości jednakże studentów. I karmiłem się ich smutkiem i płaczem zatrzymując tym samym swoją wewnętrzną stratę. Właśnie tym widokiem napawałem się do syta przez długą chwilę. Można by nawet rzec, że w pewnej sekundzie rozbawiło mnie to jak oni mocno to odczuli.
Głupcy. Idioci, którzy myśleli i wciąż myślą, że każdy będzie wiecznie, a przynajmniej tak długo jak sami istnieją. To tylko prochy po ciele, jego już nie ma nie łudźcie się, że patrzy z góry siedząc na chmurce wraz z aniołkami i świętymi. Każdy płakał, mówił, jakim dobrym i przyjaznym był uczniem, jaki żal, że już go nie ma. Tylko nie ja. Czułem jak serce w pewnej chwili bije tak szybko, że istniała możliwość, że zaraz wyskoczy ze mnie 200/h, a w pewnej spowalnia, zatrzymuje i już nie bije. Bardzo było mi smutno z tego powodu, ale dusiłem wszystko w sobie. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś mnie ruszyło. Nikt nigdy nie widział jak się zamartwiam czy płacze. Z wyjątkiem Sariochiego. Ale jego już nie ma to się nie liczy. Sariochi cztery dni temu miał zawał serca, niewiadomo, dlaczego. Po prostu z dnia na dzień serce dwudziesto-dwu letniego studenta architektury przestało bić. Tego dnia nie widzieliśmy się od rana, można by rzec, że miałem nawet wrażenie, że mnie unika. Tamtego dnia byłem też zbyt zajęty, więc nie zawracałem sobie nim głowy. Wmawiałem sobie, że tak wielu kończy, to nie koniec świata. A jednak. Ale byłem pewien, że nie chciałby żebym teraz przeżywał jakieś załamanie z tego powodu, bo przecież JA dalej żyję. Stałem przy wielkiej dziurze w betonowej ścianie gdzie miała stać urna Sariochiego wkładana właśnie przez dwóch mężczyzn wpatrując się w trumnę. Zobaczyłem przed nią księdza, odmówił krótką modlitwę i każdy rozszedł się na stypę. W trakcie modlitwy nie skupiałem się szczególnie na słowach przez niego wypowiadanych, a na... ubiorze przybyłych. Głupie? Wiem, ale co z tego skoro i tak nikt nie wie, o czym myślę? Poza tym istotne byłoby wiedzieć, którzy tak naprawdę przyszli tu tylko dla pokazówki, którzy naprawdę z własnej woli, a którzy tak jak ja - z pewnego rodzaju wewnętrznego przymusu. W którymś momencie zaciekawiło mnie, jaką farbą czy też za pomocą, czego wypisane są te wyrazy na gładkiej betonowej ścianie.
Oddech. Wolny. Mój. Przyspieszyłem go, ale tylko trochę, chyba nawet niepotrzebnie.
Znów wolny. Jedyne, co dochodziło do mojego mózgu to; płaszczące się błoto pod butami i uderzający o ziemię deszcz. Krople. Gęsty.
Po bezsensownej jak dla mnie paplaninie księdza szedłem sam nie zważając na błoto i kałuże przez ogromny cmentarz, usłyszałem czyjeś kroki tuż przy mnie, ale nie obracałem się, niepotrzebnie zawracać sobie głowę.
Koniec monotonnej ciszy. Mocne, kroki dają mi znać, że to "On", nie jakaś kolejna zapłakana w chusteczkę panna. Facet. Albo może i obojnaki? Mniejsza z tym.
- Szkoda chłopca. Taki młody i zdolny. Ale widocznie Bóg tak chciał. - Odezwał się niski głos- ksiądz, zgadywałem, to pewnie było do mnie, ale udałem, że nie słyszę i szedłem dalej, ignorując słowa kierowane do mojej osoby. Ale ten mężczyzna dalej za mną szedł. Trochę jak bezdomny ewentualnie pies pytający... wróć - proszący o oswojenie.
Wdech, wydech. Wolniej Masashi, WOLNIEJ!...
- Znaliście się? - Spytał nagle mnie, wyrównując krok do mojego. Rzuciłem spojrzenie w jego stronę szybko obracając głowę wprost. Miał długi, czarny płaszcz zamiast sutanny, co trochę mnie zdziwiło, bo stawiałem na księdza i glany, co tym bardziej było niepodobne do kogoś o takim zawodzie. Był też wyjątkowo ładny jak na osobę wyrzekającą się wszelkich dóbr, przyjemności dla kogoś, kto prawdę mówiąc w pewnym sensie nie istnieje. Jak dla katolików Allach. I młodo wyglądał, ale coś mówiło mi, że to jednak jakiś diakon czy ktoś z kościołem związany.
- Tak. - Odpowiedziałem patrząc przed siebie.
- Nie widać, abyś jakoś to przeżywał. - Znów zagadał. Czułem na sobie jego nachalne spojrzenie.
- Życie. - Nie wysilałem się specjalnie z odpowiedziami. Szedłem do ,,Marquez" restauracji, w której miała się odbyć stypa. Wciąż utrzymywałem wolny oddechy bojąc się, że szybsze wywołałyby coś w rodzaju histerii, konieczności powrotu na ten cholerny cmentarz, zabrania tej cholernej urny, wysypanie prochów na swoim łóżku i próby jak ci idioci przywrócenia go z powrotem. Ale nie jestem kimś... Nekrofilem? Nie...Po chwili byłem na miejscu, co dziwne ten... koleś przyszedł za mną.
- Kim ty do cholery jesteś, że tu przyszedłeś? - Spytałem z lekką nutą podenerwowania w głosie zdejmując płaszcz w restauracji przy jednym ze stolików. W środku panował półmrok, ludzie wstawali, chodzili, wchodzili, wychodzili ogółem tłok jak tam na cmentarzu.
- Kaysu. Nowy ksiądz, przeniesiono mnie tu z Kioto do Osaki. Rodzina Sariochiego była jedną z niewielu chrześcijan, więc taki pogrzeb to rzadkość. Zostałem przez nich zaproszony.
- Nie prosiłem o sprawozdanie. - Rzuciłem. Usiadłem, a on naprzeciw mnie.
- A ty jak masz na imię młodzieńcze? - Uśmiechnął się.
- Masashi. I nie mów do mnie "Młodzieńcze", bo sam wyglądasz na 20. - Przyglądnąłem mu się dokładniej. Był całkiem niezły; szczupły, wysoki, doskonały rys twarzy- można by powiedzieć, że przypominał trochę kobietę. Jeden minus to coś, czego, na co dzień osobiście nie potrafiłem znieść - ksiądz. Chociaż ciekawie byłoby przelecieć księdza, haha prawiczka zresztą. Pozwolić mu się wykazać. Uwolnić długo letnią chęć wyzwolenia skrytych głęboko marzeń. Tyle, co mogę.
- Nie powinienem się tłumaczyć, ale mam 35 lat, nie 20, młodzieńcze. - Podkreślił dokładnie swoją liczbę popijając kawę w filiżance na stoliku. Zignorowałem. Po ciągnącej się sekundami ciszy między nami, Kaysu zaczął rozglądać się, wstał.
-Teraz należałoby złożyć kondolencje. - O dziwo ciągłe miał na sobie płaszcz. Po chwili wstałem także z moim płaszczem i ruszyłem za nim w stronę matki Sariochiego. Kobieta w "małej czarnej" do kolan, prześwitujący koronkowy także czarny stanik uwydatniający olbrzymie, krągłe piersi, które bardziej zwracały sobą uwagę niż śmierć syna. Zwykła pokazywać na każdym kroku swą wszechmogącą kobiecość i grację tak, więc na stypie także sobie nie pożałowała. I wysoki, grubawy mężczyzna stojący tuż przy niej z kwiatami widocznie chcący ją w pewien sposób pocieszać.
Gdy nastąpiła moja kolej zrobiłem, co należało oddalając się od jej stojącego wręcz biustu. Po złożeniu kondolencji Kaysu udał się ze mną do pomieszczenia na garderobę, gdzie mieliśmy zostawić płaszcze. Obijał się- definitywnie. Stałem oparty o ścianę z założonymi rękoma obserwując niezdarność tego "księdza". Był tak nieporadny, że nie potrafił rozpiąć guzików we własnym płaszczu. Po jego paru nieudanych próbach chciałem mu wygarnąć, co nieco, powierzchownie, ale nie jestem dzieckiem. Prychnąłem i podszedłem do niego odpinając z góry jeden po drugim. Wyraźnie zrobiło mu się głupio, nagle się zarumieniał drapiąc po kurczawo brązowych włosach.
- D-Dziękuje za uprzejmość...Pan Bóg ci tego nie zapomni. - Wyjąkał wieszając płaszcz na stojącym wieszaku tyłem do mnie.
- Daruj sobie, to tylko guziki. - Prychnąłem tonem, jakim zwykłem mówić do znajomych dalej go obserwując. W pewnym momencie spadł mu płaszcz. Kaysu pochylił się po niego nachylając się pod takim kątem, że jego tylne ciało w tym stanie wyglądało idealnie. A ja w jednej sekundzie się do niego przekonałem. Długie, smukłe nogi schowane pod czarnymi jeansami, a u góry tych jeansów spora, wystająca wypukłość i tyłek wypięty wprost w moją twarz, jakby się prosił o gwałt. I w tej samej chwili przypomniało mi się jedno z jakiś tam uczynków względem ciała "Spragnionych napoić", co zinterpretowałem w swój sposób. Przez myśl przeszło mi wyłącznie jedno, aby zaspokoić narastającą z sekundy na sekundę potrzebę. W tym momencie naprawdę byłem tego "spragniony", a on jako dobrodusznik powinien mnie "napoić". I chociaż byłem od niego o dziesięć lat młodszy to liczyłem, że nie odbierz mnie jako niewyżytego gówniarza, czekającego tylko na pieprzenie pierwszego lepszego. Mózg mówił jedno, a ciało robiło drugie. I nawet mimo tego, że od zawsze negatywnie byłem nastawiony do ludzi tego pokroju coś mnie do niego ciągnęło. Nieugięta chęć współżycia. Podszedłem do niego tak cicho, że nawet nie zauważył, wyprostował się i obrócił twarzą do mnie, gdy postanowiłem się odezwać.
- Kaysu.
- Tak? - Stanowczo kobieco to zabrzmiało. Wtedy przytrzymałem go ramieniem do ściany i całowałem mocno w gorące wargi. Dziwne, bo nie protestował, ale odwzajemnił. W końcu zaprzestałem pocałunek ironicznym uśmiechem oblizując dolną wargę.
- Nigdy nie podkusiło cię, żeby złamać przykazanie? - Zachichotałem ciągle go przytrzymując.
-...To grzech! - Zdążył wydusić, kiedy znów go namiętnie pocałowałem drugą dłonią zjeżdżając w dół jego partii ciała do spodni. Dotarłem do jego punku przejeżdżając delikatnie opuszkami. Większy niż się spodziewałem i chętny pieszczot. Kiedy wyczuł moją dłoń na swojej męskości odepchnął mnie mocno. - To grzech cudzołożyć przed zawarciem związku małżeńskiego! - Wykrzyczał zbulwersowany. Tak mocno mnie pchnął, że poleciałem na ścianę naprzeciw, szczerze zdziwiony takim postępowaniem. Jak może mnie tak traktować? Chcę dla niego w pewnym sensie dobrze, a on to odrzuca. Może i nie znamy się niewiadomo jak długo, ale wiem, że obaj tego chcemy, a on nawet potrzebuje. Na wpół stojąco pochylony o ścianę przez chwilę patrzyłem na niego z podniesionymi brwiami grobową miną, po czym zaśmiałem mu się prosto w twarz. Moje spokojne, wyregulowane oddechy zmieniły się w łapczywe wchłanianie powietrza do płuc. Dlaczego teraz, gdy już jest tak blisko on zmusza mnie do zamknięcia się na siebie? Trudno, w takim razie jest to dla mnie znak, że mogę liczyć tylko seks z jego strony, bo uczuciem nie może mnie darzyć pomijając jego "zawód", bo zna mnie za krótko, a także, dlatego, że ja tego nie chcę. Jeżeli on teraz się na to nie zgodzi będę zmuszony do posunięcia się do pewnego rodzaju przymusu, nie nazwę tego gwałtem. Chociaż tak wygląda. Zatoczyłem ramionami koło drapiąc się w kark.
- Nie ma na świecie osoby, która przed 40-stką nigdy o tym nie myślała i nie chciała. Nawet sam papież. Ty też nie jesteś święty, więc nie pieprz bzdur. - Wyśmiałem go podchodząc powoli.
- I nie bluźnij grzeszniku! - Wyrwał cofając się bliżej ściany. Z pozorów wyglądał na wystraszonego, natomiast jego penis mówił, co innego, gdyż zdążyłem zauważyć, że najzwyczajniej w świecie mu... Stanął. Co rozbawiło mnie bardzo. I też natchnęło do dalszych poczynań.
- Zaraz tym grzechem podzielę się z tobą. - Uśmiechnąłem się szyderczo i rzuciłem mu się na usta jak wampir swojej ofierze. Przytrzymałem dłońmi jego rozgrzane, zarumienione policzki i wnurzyłem język w jego usta penetrując każdy kąt. Delikatne i słodkie- takie miał wnętrze. "Pf, niby taki święty, a sam swój język wepchnął w moje usta. Niezły mi ksiądz." I nie wiem, czemu, ale nagle samo do głowy wepchało mi się kolejne przykazanie. Drugie przykazanie miłosierdzia, co do duszy; "Nieumiejętnych pouczać". Dziwne, nie bywałem w kościele od 16 roku życia, kiedy to po raz ostatni byłem tam na bierzmowaniu, potem nawet nie miałem ani jakiejkolwiek styczności z teologią, więc nie wiem skąd teraz taki przypływ katechizmu. No cóż będę dobrym uczniem Jezusa i uczynię jak mówi sam katechizm. Puściłem go na chwilę i szybko zamknąłem drzwi na zamek, aby czasem ktoś ze stypy tu nie wparował. Wracając do towarzysza zauważyłem, iż ułatwił mi zadanie, rozpinając kolejne guziki w swojej koszuli. Czyli jednak chciałeś księżuniu. Kłamca, ale przynajmniej nie stawia jakichś większych oporów. Kiedy zwinnie pozbawiłem go ubrania lepiej spostrzegłem jego delikatne, smukłe ciało. Istny playboy- dosłownie(w sensie wyglądu). Stojąc tak nago przede mną zdawał się oddać mi cały. Jego nabrzmiała męskość prawie stała, zgaduje, iż pewnie na samą myśl tak mu buzuje. Zająłem się znów jego niewypieszczonymi wargami nadgryzając je delikatnie, potem zjeżdżając ustami niżej. Klęknąłem zrzucając z siebie garderobę, po czym przyciągnąłem go do poziomu. Położyłem całkiem nagiego na podłodze uśmiechając się na ten widok. Byłem tak spragniony, że wolałem od razu przejść do konkretów. Zamknął oczy, a ja rozsunąłem mu długie nogi pochylając się nad prawiczym ciałem. Ująłem w dłoń jego członek, na co drgnął i zacząłem wykonywać ruchy, z początku wolne. Wił się, co chwila, widocznie napraaawdę tego potrzebował, bo po zaledwie krótkiej chwili jękając upragnienie doszedł spuszczając się mi w dłoni. Zignorowałem to i rozsunąłem jego nogi szerzej ostrożnie wkładając w niego swoją męskość, żeby czasem się nie spłoszył i nie wybiegł stąd nagi ze sprzętem na wierzchu. Jęknął cicho leżąc spokojnie. Upewniłem się, że nie zwieje, więc mogłem robić to pewniej. Po paru minutach doszedłem rozkoszując się przyjemnością, erekcja dosięgała prawie celu. Wtedy zaczęło mi się robić to trochę zbyt spokojne, więc zacząłem go nad zwyczajniej pieprzyć mocno, gwałtownie, ale za to dobrze. Tego, co mu robiłem nie można by już nazwać seksem, zwyczajne pieprzenie, ale mi to nie przeszkadzało. W środku był gorący od nadmiaru podniecienia. W końcu doszedłem spuściłem się w nim wypełniając go od środka. Osiągnąłem ekstazę. Kaysu leżał bezwładnie, tak niewinnie wciąż cicho tylko, co jakiś czas pojękując, chyba byłem troszeczkę za brutalny w stosunku do niego, w końcu to jego pierwszy raz. Gładziłem go po delikatnym torsie uśmiechając się lekko widocznie. Wiedziałem, że nie możemy tu zbyt długo zostać, bo to w końcu miejsce na garderobę, a nie na... zabawy. Całowałem go jeszcze chwilę, wstałem i zacząłem się ubierać spokojnie, niespiesznie zerkając w ułamku sekundy w ciało wciąż leżące na zimnej kafelkowej podłodze.
Kiedy to zrobiłem rzuciłem mu jego ciuchy na ręce.
- Trzecie przykazanie cnoty kardynalnej- "Umiarkowanie". Ubieraj się. - Usiadłem na stołku w kącie pomieszczenia zakładając nogę na nogę. Ubrał się powoli wyszarpując z wieszaka swój płaszcz. Uśmiechnąłem się zadowolony do niego. Wyglądał na dość załamanego tym, co zaszło i chyba wkurzonego na mnie. Za co? Sposób, w jaki to zrobiłem czy to, że mało z tego skorzystał? Zapadła grobowa cisza na dłuższą chwilę, w powietrzu można było wyczuć napiętą atmosferę, ale nie chrzątałem sobie tym głowy. Kaysu stał wryty bezruchu wpatrzony w ścianę, aż w końcu raczył się odezwać.
- To był potrójny grzech. - wycedził przez zęby spoglądając na mnie wrogo. Zaśmiałem się
- Hah, co?! - Parsknąłem śmiechem.
- Pierwszy, zrobiłem to, mimo, że oddałem się świadomie Bogu. Drugi cudzołożyłem przed zawarciem związku małżeńskiego. Trzeci, z osobnikiem tej samej płci, mimo, że w Biblii zapisane jest "Adam i Ewa", a nie " Adam i Adam". - Patrzył na mnie wrogo. Na to, co powiedział odpowiedziałem nie inaczej jak tylko śmiechem.
- Daj spokój. Jeżeli tak to odbierasz to po dwóch dniach ze mną będziesz istnym szatanem i wyrzucą się z tego całego kościółka. - Wstałem ciągnąc go za rękę w stronę drzwi, ale nie ruszył ani kroku.
- Muszę zrobić zadość uczynienie. Pan mi nie wybaczy tej wyłuzdanej fo... - Zatkałem mu usta palcem przysuwając twarz tak, blisko, że czuł mój oddech.
- Teraz ta "wyuzdana forma" stanie się twoją codziennością kochany. - Uśmiechnąłem się podstępnie, a jego oczy wyszły momentalnie. Czułem jak oddech przyspieszył mu o wiele. Pocałowałem go w usta naciskając swoim ciałem na jego. - A teraz chodźmy już. - Pociągnąłem go i wyszliśmy. Całą stypę Kaysu nie odezwał się już do mnie wcale, ja do niego też. Myślałem o tym jak dobrze było mi z Sariochim. Zawsze umiał mnie zadowolić chodź był nieśmiały, ale cholernie uroczy. Oblizałem łyżeczkę do kawy posyłając lekki uśmiech Kaysu.
- Na mnie już czas. - Upiłem łyk i wstałem ubierając płaszcz zabrany z pomieszczenia na nie.
- Dobrze. - Odparł i sam zaczął wsuwać na siebie płaszcz i go zapinać. Wyszliśmy razem. Przestało padać, więc tłum na ulicach Osaki wzrósł. Na świeżo oczyszczonym niebie malowała się wysoko tęcza. Słońce wysuwało swoje promienie zza jeszcze szarych, ciężkich chmur. Z drzew i budynków spadały jeszcze krople niedawno zaprzestanego deszczu. Już nie padało mimo to ludzie chodzili z parasolami starając się, aby żadna kropla ich nie dosięgła.
- Posłuchaj młodzieńcze. Nie chcę abyś traktował to jako jednorazową... - Przerwałem jego powolną wypowiedź.
- Jeżeli chcesz to dopiero pokażę ci "wyuzdaną formę". - Zachichotałem. Nie odpowiedział już nic był zażenowany, jego mina mówiła za siebie. Po chwili znaleźliśmy się koło kościoła katolickiego. Wysoki budynek z czerwonej cegły, otynkowany, z dwoma wysokimi wieżami i drewnianym krzyżem między nimi. Przed nim stało kilku, trzech może czterech księży zawzięcie o czymś dyskutujących, jak mniemam o sprawach kościoła.
- Oby Bóg wybaczył nam obu... Jutro jest spowiedź, przyjdź. - Mówił tonem proszącym kiwając głową w kierunku wysokiego budynku.
- Jasne. - Wyśmiałem go rozbawiony niecodziennymi propozycjami, co do mej skromnej osóbki. Zignorował to ruszając w swoim kierunku. A gdy odszedł chwilę wpatrywałem się w jego zgrabny tyłek i ruszyłem w swoją stronę. Przez szeroki chodnik wypełniony, co do krawędzi przechodniami. Może i uznaliby mnie za kompletnego frajera; w jeden dzień wielki przyjaciel kochający Saria po uszy, a w drugi pieprzący się z księdzem ze stypy. Ale wy tego nie zrozumiecie. W pewnym sensie jestem solipsystą, ale o nie ma nic do rzeczy.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
"Ach Sariochi nie byłbyś zadowolony gdybyś widział, że robię "to" i to na twojej stypie. Muszę po prostu odreagować twoją stratę wybacz...Nie jestem jak ci głupcy, nie wierzę, że spoglądasz na nas tam z góry siedząc na chmurce z aniołami i świętymi. Jestem po prostu realistą i z tym trzeba się pogodzić. Może i Ciebie już nie ma, ale przecież ja tu zostaje. Dwa dni przed Twoją śmiercią spędziliśmy wspaniałą noc.. dziękuje Ci za to." Myślałem o nim cały czas powrotny. Sariochi był niewysoki, miał stopniowane, lekko kręconawe, gęste, białe jak śnieg włosy do szyi. Był szczupły, nieśmiały, miły. Kochaliśmy się nawzajem jak przyjaciela i w ten drugi sposób też.
"Teraz muszę poradzić sobie bez Ciebie..."
Wydech.


,,Mów o mnie jak o zmarłym, bez Ciebie żywy już nie jestem. ''

sobota, 14 września 2013

I bet you never had a friday night like this. - Kellic

Witamy Was wszystkich na naszym wspólnym blogu. Czas na krótką gadkę informacyjną. A więc. Jesteśmy dwie. Harakiri i Dżeferson. Nie za bardzo zdrowe na umyśle shipperki. Na tej oto stronie będziemy zamieszczać przenajróżniejsze fan fictions. Tak więc oto przed Wami nasze pierwsze "dzieło" a mianowicie Kellic (czyli ship Victor Fuentes + Kellin Quinn dla niepoinformowanych) Mamy nadzieję, że się spodoba. Czytajcie, komentujcie, polecajcie znajomym, etc, etc. ENJOY. - Wasze Harason.
____________

Ciemno, zimno, a wokół słychać tylko odgłosy dzikich zwierząt. Jechałem sam czarnym kabrioletem wzdłuż pustej dróżki aby dotrzeć do domu po ciężkim dniu zmarnowanym przy słuchaniu rad menagera, którego właściwie i tak miałem daleko poza granicami rozsądnej świadomości. Oparty łokieć o spuszczoną szybę leniwie wysuwał się, powieki same zamykały. Czułem jak tracę kontrolę nad własnym ciałem. W pewnym momencie całkiem przestałem panować nad kierownicą osuwając ją bezwładnie z moich dłoni. Grobowa cisza wokół. Powoli wpadałem w trans, powieki zamknięte, ciało bezwładne, klatka piersiowa spokojnie unosiła się i opadała. To czego potrzebowałem. Zdecydowanie.
Samochód niepostrzeżenie zaczął zjeżdżać z pasa na przeciwny. W ostatniej chwili coś mnie ocknęło i gwałtownym ruchem chwyciłem kierownicę. Niestety nie zdążyłem skręcić, czego skutkiem było wjechanie w drzewo. Na całe szczęście nie jechałem za szybko. Pobudzony nagłym zdarzeniem wróciłem do rzeczywistości. Lekko wystraszony obejrzałem szkody chwytając się za głowę ze złości na samego siebie. Zażenowany wsiadłem z powrotem do auta, którego maska była zgnieciona, co wiązało się z ogromnymi kosztami naprawy.  Z całej siły uderzyłem pięścią o kolano. Natychmiast przeszedł mnie nagły, promieniujący ból. Oczy zasnuły się mgłą, a po policzku spłynęła pierwsza łza bezsilności. Ta ciągła presja mnie wykańczała. „Kellin, powiedz na wywiadzie to” , „ Chłopcy, zagrajcie tu i tam koncerty. O i jeszcze jeden tu by się przydał.” Miałem tego po dziurki w nosie.
                Nagle usłyszałem cichy szmer, jakby kroki. Z każdą chwilą odgłosy stawały się wyraźniejsze, stopniowo dochodziły mnie pojedyncze słowa, następnie całe zdania. Ten ktoś był coraz bliżej.  W końcu udało mi się otworzyć obie powieki. Najpierw zamglony obraz bez konturów, potem coraz wyraźniejszy i większy. Gdy już mogłem dokładnie stwierdzić co się stało, osoba zbliżająca się w moim kierunku chwyciła mnie za koszulkę i ustawiła do pionu dosyć brutalnym ruchem. Ocknąłem się od razu. Był to mojego wzrostu mężczyzna. Dłuższe, ciemno-brązowe włosy opadały mu na krucze oczy zasłaniając je zarazem. Byłem tak zaskoczony całą sytuacją, że odebrało mi mowę. Wprawdzie uchyliłem usta chcąc wydobyć fale nieskazitelnie czystych przekleństw, lecz nie mogłem wydusić ani słowa. Mężczyzna stojący tuż naprzeciw mnie wydawał się zadziwiająco znajomy, lecz nie mogłem go z nikim skojarzyć. Brunet uśmiechnął się szyderczo, po czym schylił się poniżej moich ramion, chwycił  i w ułamku sekundy znalazłem się w jego objęciach. Nie protestowałem, bo nie miałem na to siły. Poczułem ból przy skroni. Czyżby ten mężczyzna mnie uderzył, a teraz miał zamiar porwać? Nie... raczej nie. Jeśli by miał taki zamiar już dawno by to zrobił. Nie wiedziałem co w tamtej sytuacji myśleć. Uciekać? Bronić się? A może powinienem pierwszy zaatakować?
Wszystko na nic. Byłem totalnie zdezorientowany. Położył mnie ostrożnie wzdłuż siedzeń, leżałem tam kilka minut niepewnie, nie odzywając się w ogóle otumaniony nagłym uderzeniem. Brunet pachniał mocnym cytrusowym zapachem, który przyjemnie otulał moje nozdrza. Posłał mi uśmiech, na co odpowiedziałem zmarszczonymi brwiami. Zapadła niezręczna cisza... właściwie to chyba niezręczna tylko i wyłącznie dla mnie. W końcu doszedłem do wniosku, że to nie w moim stylu, nie mówić przez tak długi okres czasu, zwłaszcza, że mój towarzysz także niczego nie powiedział. Po tak niecodziennym dla mnie milczeniu brunet raczył się odezwać.
- Jak się czujesz? - usiadł na krawędzi tylnych siedzeń opierając swoje ramie na oparciu.
-Eee.. a jak powinienem się czuć?...- dokładnie przyjrzałem mu się. Był dosyć... w moim typie? Tak, muszę to przyznać.
-Musze się do czegoś przyznać. To ja cię... uderzyłem, sorry?- uśmiechnął się niewinnie, ale nie mogłem mu tego odpuścić.
-To ty mnie tak załatwiłeś? Wielkie dzięki!- powiedziałem doprowadzając się do porządku, wróciłem do pionu siadając na tylnej kanapie mojego maleństwa.
-Sorry, myślałem, że jesteś napity i chciałem cię tylko... ogarnąć.- wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby w stronę mojej osoby.
-Wiesz.... sam się ogarnij, nie jeżdżę po pijaku, ani nic takiego.- warknąłem do niego, a ten wysiadł z auta, okrążył je dookoła aż wreszcie otworzył drzwi z mojej strony. Przypatrywał się mi... a raczej mojemu ciału.
-Wyjdź.- powiedział z lekkim szyderczym uśmieszkiem.                   
-Co?- spytałem zdezorientowany.
-No wychodź.-powtórzył zaplatając ręce na mojej klatce piersiowej.
-Po co?
-Zobaczysz.- zachichotał pod nosem.
                Wstałem posłusznie widząc szeroki uśmiech na twarzy bruneta.
-Mogę się chociaż dowiedzieć jak masz na imię?- zapytałem
-Victor, ale możesz mówić mi Vic.- odparł z uśmiechem i wziął mnie za rękę.
Nie opierałem się i pozwoliłem, żeby wciągnął mnie w środek lasu. Przez następne kilka minut szliśmy w ciszy mijając kolejne drzewa. Co rusz potykałem się o wystające korzenie, jednak chłopak asekurował mnie, przyciągając do siebie coraz bardziej tak, że czułem jego spokojny oddech na szyi.
- No jesteśmy na miejscu- powiedział uradowany Vic

                Rozejrzałem się dookoła. Staliśmy na środku pola pełnego chwastów i innych roślinek.  Zastanawiałem się co ja tu jeszcze robiłem, obcy facet wciąga mnie w środek lasu. Quinn idioto, to się może źle skończyć. Zanim się zorientowałem brunet stał tuż przy mnie. Oddech przyśpieszył, dłonie zaczęły się pocić a strach narastał z każda chwilą. Kurwa.
                Jego twarz momentalnie w ułamku sekundy znalazła się przy moim uchu. Emocje uderzały kolejno, jedne za drugimi, nie mogłem dokładniej poznać żadnej z nich.  Chłopak zaczął głaskać mnie po szyi. Wsunął rękę w moje włosy i zaczął się nimi bawić. Stałem jak słup soli, nie mogłem poruszyć choćby palcem, strach sparaliżował mnie całego. Jednak zaczął on powoli opuszczać moja ciało ustępując… podnieceniu? Mruknąłem cicho w odpowiedzi na pieszczotę, co zachęciło bruneta do podjęcia dalszych kroków.  Gdy tylko zbliżył swoje wargi nie wytrzymałem i przyciągnąłem go bliżej, pogłębiając pocałunek. Co ja do cholery robiłem? Obściskiwałem się z facetem poznanym niecałe dziesięć minut wcześniej, który na dodatek mnie uderzył, bo myślał, że jestem pijany. Szaleństwo. Nie spodziewałem się tego po tobie, Quinn.
                Pocałunek trwał niedługą chwilę. Przyznam w tej chwili sam nie wiedziałem co robię, rozum podpowiadał jedno, a ciało robiło drugie. Ale nie myślałem za dużo, emocje wzięły górę. Mężczyzna penetrował językiem we wnętrzu moich ust, a po chwili poczułem jego dłoń wędrującą z moich pleców w dół. Sekunda i była na moich pośladkach ściskając je. Podskoczyłem na te pieszczotę nie przerywając dalszych poczynań. Gdy zaprzestaliśmy pocałunku jego gorące usta sunęły wzdłuż mojej szyi do torsu. W końcu klęknął, twarz miał teraz na wysokości moich bioder. Zwinnym ruchem pozbawił mnie koszulki, którą wtedy miałem na sobie rzucając ją w porośnięte gęstymi liśćmi krzewy. Zaczął całować mnie po brzuchu pozostawiając po sobie pamiątki w postaci małych mokrych malinek. Sprawiało mi przyjemność, to na pewno musze przyznać, ale sam też chciałem go jakoś… zadowolić?
                Chwyciłem chłopaka za ramiona i podniosłem go do góry. Widziałem zdziwienie malujące się w jego ciemnych tęczówkach. Zaśmiałem się cicho i sam uklęknąłem na mokrej trawie. Jednym zgrabnym ruchem rozpiąłem pasek od jego spodni i ściągnąłem je z niego. Chłopak stał nieruchomo wpatrując się uważnie w moje ruchy, wyraźnie zarumienił się gdy wykonałem tę czynność. Wróciłem do pionu od razu zabierając się za pieszczenie jego ciepłych warg.  Najpierw delikatnie, ale z każdą sekunda coraz bardziej agresywnie. Oderwałem się od jego ust i zacząłem składać pocałunki na jego szyi. Słysząc jego cichy jęk dodatkowo zacząłem gładzić go po plecach. Nim się obejrzałem leżeliśmy na ziemi, i tym razem to Vic przejął inicjatywę. Całował mnie namiętnie zataczając małe kółeczka swoim zwinnym językiem. Byłem wniebowzięty.
                Jego delikatne ruchy po moim ciele przywoływały u mnie lekki dreszczyk. Nie strachu, ale podniecenia i większej chęci do kolejnych poczynań. W końcu niepostrzeżenie zauważyłem, że w ciągu paru sekund pozbawił mnie dolnej garderoby. Przyznam trochę się speszyłem, w końcu nie na co dzień paraduje nagi przez całkowicie nieznajomymi ludźmi. Spuściłem wzrok, a Vic zaczął pieścić moje ciało pojedynczymi pocałunkami.  Leżałem bezwładnie pod ciężarem jego zgrabnego i pociągającego ciała. Każdy pocałunek wydawał mi się być tak ważny, jakby ten mężczyzna od zawsze dużo dla mnie znaczył. Zawsze, oh czyżby? 15 minut- tak zdecydowanie zawsze. Jeszcze niedługo przed tą małą kolizją mojego samochodu nie przeszłoby mi nawet przez myśl, że znajdę się w takiej sytuacji i to w dodatku z osobą, która świadomie mnie unieruchomiła na krótką chwilę. No cóż, widocznie tak musiało być. Normalnie nie wierze w rzeczy typu „przeznaczenie” jednak to było coś innego... coś czego nie umiałem opisać jakimikolwiek słowami. I stało się, dałem się ponieść emocjom, a raczej chęci stosunku. Uchyliłem lekko usta aby mieć swobodny dopływ powietrza do moich płuc utkwionych w rozpalonym ciele. Byłem nagi. Tak, ale dlaczego On nie zrobił tego samego ze sobą? Wstydził się? Chciał zobaczyć tylko moje ciało nie dając mi dojść do swojego? Na szczęście zrozumiałem, że to ja powinienem pozbawić go tych zbędnych materii z jego wręcz boskiego ciała. Wierciłem się na niezbyt wygodnej powierzchni jaką była zarośnięta trawa, a na niej zeschłe liście i połamane patyki, nie mówiąc już o robactwie, które pewnie zamieszkiwało tę część ziemi. Poruszyłem gwałtownie biodrami, na co Vic zachichotał.
                Lecz zorientował się po samej mojej minie, że nie jestem zbyt zadowolony z takiego miejsca na takie zabawy. Uniósł ze mnie ciało, tak abym mógł wygodniej się usadowić po czym sam zabrał się za zrzucenie wcale niepotrzebnych teraz ubrań. Mogłem lepiej przyjrzeć się Jego pięknej sylwetce, opalonej skórze i lekko umięśnionemu torsowi. Moja nabrzmiała już męskość postanowiła jeszcze bardziej unieść się w górę na ten widok, na co On znów zachichotał. Jego uroczy wyraz twarzy wyglądał jakby mówił „Bierz mnie, tej nocy jestem tylko twój. Lubisz mocno i dobrze wiesz, że tak potrafię.” Tak, stanowczo wiedziałem co potrafi to ciało Greckiego Boga, zresztą nie musiałem wiedzieć, to mówiło samo za siebie. Gdy już stał nade mną równie ubogi w odzież jak ja w tej chwili z moich ust niekontrolowanie wydał się cichy pomruk. Victor zbliżył się na odległość z której doskonale można by śmiało sprawić drugiej osobie przyjemność, chwycił w delikatną dłoń nabrzmiałego członka zarazem nadgryzając moją skórę na szyi. Po czym zniżył swoją twarz na wysokość moich bioder nie puszczając go, a pieszcząc wewnętrzną część ud drugą dłonią.
Dotykał wspaniale, jakby każda najmniejsza czynność, którą wykonywał była precyzyjnie przez niego zaplanowana i wyćwiczona. A teraz musiał się wykazać, jak aktor podczas spektaklu tyle, że bez widzów, osób trzecich. Nawet nie pomyślałem o tym, że przejezdni, ktokolwiek widząc lekko poturbowanego kabrioleta mógłby się zatrzymać chcąc sprawdzić czy z prowadzącym czy pasażerami jest wszystko w porządku, a zamiast tego spotkaliby dwójkę nie znanych sobie facetów pieprzących się w krzakach, w środku cholernie ciemnego, ogromnego lasu. Zdałem sobie sprawę, że tego typu obrót sprawy nie byłby jednym z lepszych i ciekawszych. Niestety teraz liczyła się dla mnie tylko chwila spełnienia, pragnąłem aby właśnie ten mężczyzna zrobił to co należy, nikt inny. Wprawdzie mówiąc, wielu już na swojej drodze spotykałem, były oszalałe na moim punkcie cycate fanki, zachwycone dojrzałe kobiety z chęcią poznania kogoś na dłużej, zdarzało się także spotkać płeć męską zainteresowaną moją osobą, jednak wiedziałem, że gdyby nie to, że jestem sławny nic takiego nie miało by miejsca, a więc takie znajomości wcale mnie nie pociągały. Wydawało mi się, że ten cały Vic taki nie jest, miał to coś i to COŚ ciągnęło mnie do niego okropnie, chyba ze względu na to pozwoliłem mu na to wszystko co teraz ze mną robił. Podobało mi się, bardzo.
A On ewidentnie chciał tego samego, można by rzec, że był górą, bo to w końcu On zaczął, gdyby nie to pewnie już dawno odjechałbym do domu wkurzony tak spapranym wieczorem. Czułem w swoich dolnych partiach ciała jego oddech tuż przy mojej skórze, co podniecało mnie jeszcze bardziej. Teraz był tak bardzo blisko. Najchętniej wepchnął bym mu go w usta i nie wyciągał, ale tego nie zrobiłem. Maniery? Ha, możliwe coś mnie jednak od tego powstrzymywało i pozwoliłem mu na bycie... w pewnej odległości. W gruncie rzeczy wiedziałem, że zaraz się spełnię i ekstaza wypełni mój umysł.
                W końcu doczekałem się. Poczułem jego ciepłe wargi na moim członku, zataczał wokół niego małe kółeczka swoim zwinnym językiem. Zadrżałem lekko. Głównie przez to co Vic wyprawiał na dole, ale także przez to, że od strony lasu zaczął wiać zimny wiatr.  Z każdą cudowną sekundą byłem coraz bliżej spełnienia, aż w końcu doszedłem wprost w jego usta. Chłopak połknął wszystko bez sprzeciwu. Na moje policzki wstąpił rumieniec, a roztrzepane włosy opadły na oczy.
-Wiesz jak słodko teraz wyglądasz?- zagadnął szatyn kładąc się na mojej klatce piersiowej.
Moja ręka bezwiednie powędrowała do jego włosów, zacząłem oplatać kosmyki wokół palców.  W sekundzie zdałem sobie sprawę, że powinienem mu się jakoś „odpłacić”. Podniosłem się na łokciach i spojrzałem na towarzysza. Zrzuciłem go brutalnie z siebie tak, że wylądował na suchej trawie.  Ignorując jego zdziwiony wzrok usiadłem mu na brzuchu i zacząłem namiętnie pieścić jego wargi. Gdy zaspokoiłem moja dziką rządzę przeniosłem wargi na jego przyrodzenie. Bez zbędnych ceregieli. Poczułem jak chłopak podnosi delikatnie biodra domagając się więcej.
Ciche jęki i nieregularne wręcz dyszenie Vica dało się usłyszeć z kilku metrów, lecz nie dbałem o to teraz. A on? On pokrzykiwał i jęczał coraz donośniej. Zachichotałem niewyraźnie, no bo w końcu co mogło być wyraźne z czyimś przyrodzeniem w ustach? W pewnym momencie jego „Achh...je...jeszcze trochę...och taak.” dały mi do zrozumienia, iż oczywistym było, że doszedł. Rozpuścił mi się w ustach, co natychmiastowo przełknąłem. Wróciłem do jego twarzy poprzez drogę z małych pocałunków wzdłuż jego klatki piersiowej aż dotarłem do celu. Zawisłem nad nim wpatrując się w jego ciemne oczy. Tęczówki chłopaka były pełne... Uczucia? Błyskały w nich małe iskierki, jak u dziecka wyczekującego świat Bożego Narodzenia. Pragnąłem go coraz więcej. Usiadłem na wysokości jego ud i zacząłem go drażnić obcierając nasze męskości o siebie.
Ciekawe jak lubi.. powinienem być delikatny, czuły, ostrożny czy gwałtowny i pewny w tym co robię? Nie miałem zielonego pojęcia to jakby chciał więc zrobiłem o po swojemu. Po chwilowych pieszczotach uniosłem biodra, rozchyliłem jego nogi i uśmiechnąłem się łobuzersko.
-Wiesz, że może boleć prawda?- zagadnąłem pół głosem mówiąc troskliwym tonem.
-Oh, doprawdy? Nie wiedziałem.- odpowiedział szyderczo.
Zignorowałem to i począłem robić co uważałem za słuszne. Wszedłem w niego natarczywie, na co odpowiedział wypychanym z siebie cichym jęknięciem, ale to także zignorowałem i kontynuowałem „dobry uczynek”. Dobry? W większej chyba mierze dla mnie, choć pewnie też to lubił. Nie mam pojęcia do czego był przyzwyczajony, do brutalności czy delikatności. Jednak teraz nie zwracałem większej uwagi na to czy teraz było mu wygodnie czy też nie. W ten sposób obu nam powinno być dobrze... przynajmniej tak myślałem. Bez dłuższego zastanowienia wyszedłem z niego aby następnie gwałtownie z powrotem dobrze wejść. Zignorowałem coraz głośniejsze przekleństwa wypływające z jego ust zagłuszając je moimi własnymi egoistycznymi pragnieniami. Powtarzałem te czynność aż spełniłem się spuszczając w jego ciepłym, przyjemnym i cholernie ciasnym wnętrzu. Zadowolony spojrzałem na twarz mojego towarzysza. I szczerze mówiąc mógłbym tego nie robić. Istny obraz nędzy i rozpaczy.  Jego oczy przepełnione były dziwnymi, sprzecznymi uczuciami, usta miał spuchnięte, całe czerwone od przygryzania. W jednym miejscu nawet widać było krwawą smugę. Ciało chłopaka przechodziły liczne dreszcze, jak mniemam bólu i rozkoszy. Jeszcze raz przyjrzałem się jego osobie, zatrzymując się na dłużej na jego palcach, aktualnie brudnych i wbitych w glebę. Ponownie przeniosłem wzrok na jego oczy. Mógłbym przysiąc, że zauważyłem jak zaczynają się szklić. Zapewne oglądałbym jego ciało dłużej, jednak przeszkodziła mi łza tocząca się po jego zarumienionym policzku. Najpierw jedna, potem kolejne. A mnie… Mnie to pociągało. Co się z tobą dzieje Quinn? Czyżby cieszyło mnie czyjeś nieszczęście? Rozczarowanie? Płacz, niepokój? Możliwe. W tej chwili o to nadzwyczajnie nie dbałem, bo po co? Nie byłem w tym czasie z nikim, nawet o siebie nie dbałem wiec po co zawracać sobie głowę facetem którego poznałem kilka minut temu i od razu z nim to zrobiłem... Idiota. Widok takiego Vica napawał mnie dziwnie przyjemnym uczuciem, a zwłaszcza zadowoleniem z tego do czego go doprowadziłem. Zachichotałem pod nosem spoglądając na niego z wyższa. Był taki bezbronny i tak niewinny. Chociaż nie powiedziałbym tak, skoro SAM do tego dopuścił zaczynając te gierkę. Przesunąłem dłonią po jego rozgrzanych policzkach, a ten tylko warknął coś do mnie odpychając na ziemie. Upadłem na zimny grunt, lecz szybko doprowadziłem się do porządku. Pchnął mnie? MNIE? To nie był najlepszy ruch z jego strony, powinien to wiedzieć. Głupiec.
-Victor, co z tobą? Nie chcesz żebym się odwdzięczył?- zapytałem kpiącym tonem kucając przed nim.
-Spadaj.- burknął pod nosem. Próbował wstać i ogarnąć swoje ciało, ale był zbyt roztrzęsiony.
W dość szybkim tempie znalazłem się przy nim przyciskając jego ramiona do ziemi i siadając na nim okrakiem, żeby skutecznie uniemożliwić mu próbę ucieczki. Nie chciałem jeszcze kończyć.
-Kochanie, gdzie się wybierasz, tak szybko…-wyszeptałem i pociągnąłem go za włosy tak, aby odchylając się do tyłu odsłonił swoją szyję.
Palcami wyczułem pulsującą tętnicę i ucisnąłem ją lekko. Hmmm… nie, jeszcze na to nie czas.  Zastanawiałem się co mógłbym zrobić, żeby się trochę pobawić. Z szaleńczym wręcz błyskiem w oku wyciągnąłem skórzany pasek z moich spodni, które na szczęście leżały na tyle blisko, że mogłem to zrobić bez uwalniania mojej ofiary. Zakneblowałem chłopakowi usta i zacisnąłem sprzączkę. Był zszokowany moimi niespodziewanymi działaniami.  To także olałem. Cholernie miło było patrzeć na tak bezbronne stworzenie, no cóż natura ludzka bywa brutalna i niespodziewana wiec nie powinien być aż w takim szoku. Najwyraźniej się myliłem, bo był i to w stopniu najwyższym. Ach, jak uroczo to wyglądało. Victor za bardzo się wiercił i tym cholernie utrudniał mi swoje zadanie. Silnym chwytem złapałem jego nadgarstki, unieruchamiając wszelkie ruchy rękoma. Usadowiłem je tuż nad jego wściekłą twarzyczką. Widok był tak komiczny, że parsknąłem śmiechem. Próbował krzyczeć ale nadaremno. Głupiutki Victorek. Był bardzo niespokojny, wiercił się, próbował nawet kopnąć, ale zamiast tego tylko kusząco ocierał się o moje krocze, napawając mnie jeszcze większą chętką na niego. Patrząc na jego ciało straciłem rachubę czasu, jednak mógłbym przysiąc, że spędziliśmy w tej pozycji kawałek czasu. Miałem cholerną ochotę przelecieć go jeszcze raz, jednak… jednak to mogłem to zrobić. Ale później, czas się pobawić. Jedną ręką cały czas ściskałem jego nadgarstki, drugą zaś sięgnąłem do jego ust. Chciałem ich jeszcze raz zasmakować.
-Teraz cię rozknebluję, pod warunkiem, że będziesz cicho. – powiedziałem
Chłopak skinął głową. Powoli rozpiąłem pasek i uwolniłem usta Vica. Sekundę­później nasze usta złączone były w pocałunku. Wyczekałem moment, aż Meksykanin ulegnie i rozchyli wargi i pogłębiłem pieszczotę. Mógłbym przysiąc, że szatyn zaczyna się wczuwać, jednak myliłem się. Nie minęła sekunda jak poczułem ból a po nim rdzawy posmak w ustach. Natychmiast odsunąłem się od niego. Ugryzł mnie. Wolną ręką otarłem zranione miejsce i otarłem ją z czerwonej cieczy używając torsu Victora jako ręcznika. Musiałem przyznać, że wyglądał niesamowicie seksownie z roztrzepanymi włosami, rumieńcami na policzkach, poranionymi i spuchniętymi od przygryzania ustami, mieszanką ogromnej złości i strachu w oczach oraz moją krwią na klatce piersiowej.
-Nie, Vic. Nie tak się umawialiśmy. Czyż nie mam racji?-
Jego nieudane szamotaniny pode mną na nic się nie zdały, a tylko -jak poprzednio- napawały mnie większą chęcią do „zabawy”.
-Słodki jesteś jak się tak denerwujesz, wiesz?- zachichotałem, penetrując z wolna dłonią jego nagie drżące ciało. -Jak taka mała szmaciana laleczka.-
Mój śmiech potoczył się głucho po zupełnie ciemnym jak i pustym lesie.
-Tylko zapomniałeś o czymś równie ważnym.- oblizałem łzy spływające po jego czerwonym licu. -Mianowicie o tym, że mała szmaciana laleczka już od jakiś 20 minut ma nowego właściciela.- wpiłem się w jego soczyste rozpalone od nadmiaru emocji usta nadgryzając je zarazem.
                Chyba zrozumiał, że stawianie jakiegokolwiek oporu nie ma sensu. Leżał teraz tylko na wilgotnej ściółce bierny na jakiekolwiek moje działania. Skoro już się poddał to nie mam nic do stracenia. Oderwałem swoje wargi i ze złowieszczym wręcz wyrazem twarzy ponownie w niego wszedłem. Poruszałem się w nim energicznie aż nie poczułem tego błogiego uczucia. Za to twarz Victora nie przejawiała już żadnych emocji oprócz bólu i upokorzenia. Czułem się jak bóg. Wiedziałem, że teraz mogę zrobić z nim wszystko bo chłopak nie będzie nawet próbował się bronić. Przegrał. 
Z ust Meksykanina kolejno wydobywała się wiązanka niewyraźnych przekleństw na młodszego towarzysza. Młodszego. Właśnie. To dlaczego to on -starszy- był właśnie gwałcony? W dodatku to sam Vic chciał pomóc mężczyźnie a przy okazji na tym skorzystać. Podczas gdy Kellin ponownie dochodził w jego głowie zawitała nowa myśl. Spuścił się w wygodnym, ciasnym wnętrzu chłopaka.
-Teraz może coś...nowego?- obdarzyłem Vica paroma ciepłymi pocałunkami po czym wstałem i odszedłem zostawiając go na krótką chwile samego.
Skierowałem się do swojego rozbitego samochodu. Szczerze mówiąc to sam nie wiedziałem jakim cudem do niego doszedłem i się nie zgubiłem. Otworzyłem przednie drzwi od strony pasażera a następnie to samo zrobiłem z drzwiczkami od schowka. Wyciągnąłem z niego scyzoryk i z szatańskim wręcz wyrazem twarzy wróciłem do swojej ofiary.  Leżał w takiej samej pozycji jak go zostawiłem, nie ruszył się nawet na milimetr. Grzeczny chłopczyk.
Usiadłem koło niego i zacząłem bawić się ostrym narzędziem przejeżdżając nim po własnej skórze.  W jednym miejscu, na nadgarstku przycisnąłem nożyk mocniej. Poczułem jak trochę czerwonej cieczy opuszcza moje ciało.  Krew spływała wolno wprost na tors Vica obserwującego mnie z chęcią mordu. No cóż, nie dziwie mu się. Jednak na całe szczęście- głównie dla siebie- nie sprawiał większych oporów co do moich działań, typu rzucenie się w pogoń, czy też przejęcie inicjatywy w takowym momencie. Z chichotem usiadłem na niego. Chciałem go słyszeć pomimo tego, co będzie mówił jednak on uparcie milczał. Pieszcząc co chwila jego ciało kaleczyłem je pojedynczymi cięciami na jego seksownej klatce piersiowej. Wzdłuż, po skosie, w poprzek. Raz to krócej, a raz dłużej, aby móc zatopić całe ostrze w jego rozgrzanym, drżącym ciele. Jęki wydobywały się z jego ust coraz to głośniej i donośnie. Odczuwałem w ten sposób pewien dziwny rodzaj aprobaty, jakby jękami chciał zachęcić mnie do działania. Jednak szloch wydobywający się z jego ust dawał jasno do zrozumienia, że tak nie jest. Dlaczego więc myślałem inaczej? Jedynym audytorium towarzyszącym nam oboje był gęsty, porośnięty las i pojedyncze mniejsze zwierzęta, które na moją korzyść nie miały wpływu na to co robię. Absorbowałem każdy jego spazmatyczny ruch i szloch w głąb swojego umysłu doprowadzając samego siebie w krótkotrwały stan solipsyzmu, co jednak na niewiele się zdało, aby uświadomić mi dogłębnie do robię. Byłem zadowolony ze swojego dzieła. Tak. Bardzo zadowolony. Jednak nie zamierzałem zostawić Vica z bliznami. Chciałem czegoś więcej.
                Wraz z tym co zaraz miałem zrobić pękła we mnie ostatnia bariera. Ludzkie odruchy jakie we mnie zostały zniknęły. Przejechałem ostrzem wzdłuż mostka chłopaka obserwując jego twarz. Ciemne tęczówki mojego towarzysza wpatrywały się w scyzoryk z przestrachem. 
-Nie rob tego.- usłyszałem jego cichy szept. – Proszę, nie… - po jego policzku stoczyła się kolejna łza.
Czyli wiedział co planuję zrobić. Tym lepiej.
-Przepraszam kochanie.-
Z tymi słowami na ustach wbiłem chłopakowi nóż w pierś, prosto w serce.  W jego oczach błysnęły ostatnie iskierki i zamarły w bezruchu wpatrując się w nicość. Otwarł usta w ostatnim krzyku, który jeszcze przez kilka dobrych chwil przecinał ciszę panującą w całym lesie.  Szkarłatna krew opuszczała jego ciało i z każdą sekundą było jej więcej.  Wstałem i pozbierałem swoje porozrzucane wszędzie ubrania. Nałożyłem je na siebie i ponownie uklęknąłem obok, już martwego, Victora. Jednym ruchem dłoni zamknąłem jego powieki i złożyłem na czole krótki pocałunek. O tak, teraz czułem się stuprocentowo spełniony. Czy było mi źle z tym, ze zabiłem człowieka? Szczerze, to ani trochę. Nowy, zły i nieczuły na nic Kellin – potwór przejął całkowitą władzę nad tym wrażliwym, którym byłem kiedyś.
                Chwile jeszcze klęczałem nad zwłokami Vica wpatrując się w bezwładne ciało. Nagi, samotny, a teraz już nawet martwy - takim był w owej chwili. Śmieszne, bo jeszcze niedawno temu był Dobrym Samarytaninem chcącym pomóc przejezdnemu zaspanemu frajerowi z popsutym samochodem. A jak skończył? Leżąc na zimnym gruncie bez jakiejkolwiek pomocy, której to On potrzebował. Ale już było za późno. Nadzwyczajnie w świecie n i e  ż y ł i nawet sam dr House by mu nie pomógł. Westchnąłem głośno, narzuciłem na niego jego ciuchy i oddaliłem się do wozu. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, który tam ciągle był i nacisnąłem pedał gazu po czym ruszyłem oddalając się od drzewa, które jakiś czas temu mnie zatrzymało i od ciała, które tak chętnie służyło mi „pomocą". Teraz już nie byłem śpiący, jechałem prosto przed siebie a światła mojego wozu przecinały wszechogarniającą ciemność. Nie patrzyłem na licznik, ale i bez tego zdawałem sobie sprawę, ze przekroczyłem dozwoloną prędkość. I to bardzo. Cienie przydrożnych drzew migały jak opętane a głośny szum powietrza otaczał mnie z każdej strony. Zwolniłem jedynie odrobinkę gdy poczułem znajomy zapach cytrusów. Cholera, Victor tak mocno pachniał, ze nawet moja koszulka przesiąkła jego zapachem. Nie dawał o sobie zapomnieć. W głowie miałem jedynie mętlik. Powoli jakby dochodziło do mnie czego się dopuściłem, na co pozwoliłem swojemu nieopanowanemu umysłowi, i co zrobiłem. Odebranie życia osobie, która przez jakąś chwile napawała mnie przyjemnością, obdarzyła pieszczotą, a następnie przyjemnym dreszczem i w końcu spełnieniem. Nie. Teraz taka wiedza, a raczej- dokonany już czyn- nie dawał mi zadowolenia. Ani trochę. Przyspieszyłem. Jechałem teraz równo 180km/h. Nie baczyłem na pojazdy mijane po drodze co jakiś czas. Włączyłem radio. Mój ulubiony kanał, który puszczałem sobie za każdym razem, gdy chciałem się odprężyć w drodze powrotnej ze studia, wywiadu czy po prostu z niechcianego spotkania ze-równie niechcianymi- znajomymi lub innych podobnych wizyt. Leciało akurat In Loving Memory Of You Despite You Asking Alexandrii, Wszędzie rozpoznałbym te nutę. Ten utwór za każdym razem wprawiał mnie w stan najwyższej świadomości i najbardziej racjonalnego myślenia. Z każdą sekundą trwania utworu dochodziło do mnie coraz bardziej jakiego potwora stworzyłem z samego siebie. Byłem wściekły. Teraz mijałem już tylko metrowe latarnie, oświetlające drogę niczym jasne światło w nieskończenie długim, ciemnym tunelu.. jak podczas śmierci klinicznej. Sekundy świadczyły o tym jaką odległość mijałem. Przyspieszyłem. Znowu. Ale nie dbałem o to. Na liczniku było już chyba 200km/h. Moja perfekcyjnie wyćwiczona jazda zmieniła się - jak poprzednio - w naganną ucieczkę przed samym sobą. Mili sekundy świadczyły o tym, kiedy dotrę do mostu. Czekał mnie jeszcze zakręt, którego nigdy nie cierpiałem. Teraz doszło do mnie, że to co zrobiłem było… nieludzkie? Złe? Egoistyczne? Okropne… Czy naprawdę musiałem to zrobić żeby to zrozumieć? Dlaczego w trakcie mnie nie oświeciło? Dlaczego w ogóle się do tego dopuściłem? Czy zawsze, aby człowiek zrozumiał swoje postepowanie, ktoś musi się temu poświecić? Najwyraźniej tak… Wziąłem mocny zakręt w lewo prostu wjeżdżając na most. "Idiota" - pomyślałem - "No cóż, już za późno na takie wywody. Teraz czeka mnie kara…" Nieuważny skręt. Nadjeżdżający tir. Rozpędzony równie szybko co mój wóz.

Niby chwila nieuwagi… a jednak.

Kara. Kara, która czekała na mnie tuż za zakrętem. W ten sposób odpokutowałem swój mało przemyślany wcześniejszy czyn.

No tak… co dają dwa rozpędzone pojazdy, cholernie słaba widoczność i…szok? Świadomość, która powitała mnie odrobine za późno?

Cóż… za wiele dać nie mogą. Ale na pewno niosą ze sobą czyjąś śmierć. I zgubę kolejnej duszy w świecie zmarłych. W świecie tych, których już z nami nie ma. Oczywiście, o ile takowy istnieje. Zawsze byłem taki jak wszyscy, wierzyłem - a raczej chciałem wierzyć, wpajałem sobie, że tak jest chociaż boga nie uznawałem. Istnieje jakiś afterlife?

Mojego o wiele mniejszego kabrioleta  tir z łatwością zepchnął poza niską barierkę, która i tak była w moim przekonaniu totalnie zbędna, gdyż nie potrafiłaby uratować nawet pijanego rowerzysty. W mgnieniu oka zorientowałem się, że mój samochód spada z kilkunastometrowego mostu, a ja wraz z nim w środku! Modliłem się, żeby to nie była prawda. Szarpałem żmudnie za klamkę drzwiczek od strony kierowcy i pasażera, jednak to było na nic. Jakby ten sam pojazd, który przez ostatnich kilka lat był mi tak na rękę, teraz nagle zbuntował się przeciwko mnie.

Oczywistym było, że to będzie kara. Za Victora i za wszystko co złe uczyniłem innym i sobie. Tak bardzo tego żałowałem. Jednak gniew i nienawiść do wszystkiego wokół wcale nie zmalała. W umyśle jednocześnie przepraszałem i wyklinałem wszystkich jak tylko mogłem. Myśli dosłownie szalały narastając, każda coraz to potężniejsza. Po kilku sekundach mój wóz zatopił się w rwącej rzece niczym niewinne dziecko w miękkiej pościeli kładące się właśnie spać.

 Ja byłem takim dzieckiem szykującym się fizycznie i psychicznie do snu. Snu, który dla mnie będzie trwał na zawsze.

Przez drzwiczki, okna, a także wysuwany - teraz na szczęście (jakkolwiek można to szczęściem nazwać) zasunięty - dach wlewała się coraz to większymi strumykami woda. To właśnie ona szykowała mnie teraz do snu. Jednak nie zamierzałem się tak łatwo poddawać. Szarpałem i waliłem o drzwiczki wozu, aby móc się wydostać z tej pułapki losu i wynurzyć twarz nad tafle rwącej wody. I to zdało się być na nic. Zatrzaśnięte, w dodatku pchane ciśnieniem wody nie dawały za przegraną.

Czułem jak w płucach aż rozrywa mnie od środka z braku tlenu.

Po trwającej kilka minut walce Dawida z Goliatem przegrałem.

Oczyściłem płuca z tego co jeszcze w nich pozostało, aby następnie bezwładnie opaść na skórzane siedzenie wozu. Teraz już całe wnętrze przepełnione było słodką rzeczną woda, pokrywając moje ciało z każdej strony niczym ciepła pierzyna.
                Coraz ciszej i ciszej. Przestały docierać do mnie jakiekolwiek dźwięki, obraz stawał się rozmazany, jakby przysłonięty mgłą. Jednak ta mgła nie miała się rozmyć tak jak te, które powstają rankiem i z każdą minutą dnia unoszą się i znikają z powierzchni ziemi, tylko otulić mnie całego i zabrać ze mnie życie. Zrobiłem coś złego... tylko złego? Bardziej pasowałoby tu określenie nieludzkiego, bestialskiego… mniejsza. Jak to się nazywa? Karma? Tak, chyba tak. Zrobisz coś dobrego, los odpłaca ci dobrym, zrobisz coś złego to spotyka cię nieszczęście. I tak prawdopodobnie było w moim przypadku. Otrzymałem jak najbardziej zasłużoną karę. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie…
                Woda była nieprawdopodobnie zimna. Czułem jakby w skórę wbijano mi miliony małych igieł. Słyszałem coraz wolniejsze bicie własnego serca.  Skoro mózg nie otrzymywał tlenu to praca serca jest spowolniona… em, czy coś w ten deseń. W szkole nigdy nie byłem dobry z biologii. Chciałem żeby to się już skończyło, ciecz wlewała się we mnie przez nos i usta. Brr, okropne uczucie.  Mgła przed moimi oczyma ściemniała i stała się czarna. Tak, to ten moment. Umieram.
                Ten cały mrok zaczął nagle jaśnieć. Co tu się do cholery wyrabia, czy to tak wygląda śmierć? Igiełki wbijające się w moje ciało nagle znikły, zastąpiło je… ciepło? Uchyliłem usta, natychmiast wpadło w mnie trochę tlenu, Otworzyłem je szerzej i zacząłem oddychać łapczywie, chcąc wtłoczyć w swój organizm jak najwięcej tlenu. W tej chwili nie zdawałem sobie sprawy z tego jakie to dziwne. Jeszcze kilka minut temu byłem uwięziony we własnym samochodzie, który na domiar złego wpadł do rzeki. Kurwa mać, przecież ja umarłem, skąd tu powietrze i ciepło? I czemu ja w ogóle myślę? Czy to tak wygląda życie po życiu? No proszę, jednak ci ludzie, którzy w to wierzą mają rację. Otworzyłem powoli oczy i zobaczyłem ciemne korony drzew idealnie kontrastujące z jasnoszarym niebem. Niecałą sekundę później usłyszałem głęboki, męski głos.
-Na szczęście, już się bałem, że się nie obudzisz.
Spojrzałem w stronę skąd dochodził głos i o mało nie dostałem zawału. Co Vic tu robi? Przecież ja go… ja go zabiłem… kurwa, co się tu dzieje? Siedział na fotelu pasażera, obok mnie. Nasze ciała dzieliło dokładnie nieco więcej ponad dwadzieścia centymetrów. Dotknąłem policzka mężczyzny. Chciałem się upewnić, czy to nie jest jakaś zjawa. Jednak pod palcami poczułem ciepłą, delikatną skórę.
-Jezu, ty żyjesz…
-Tak, żyję. I ty też. – uśmiechnął się zdezorientowany – A tak w ogóle to mam na imię…
-Vic. – przerwałem mu
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko jeszcze szerzej. Gdzieś z drugiej strony  usłyszałem nadjeżdżające pogotowie.
-Co się stało? – zapytałem
-Jechałem drogą tuż za tobą. Nagle twój samochód zjechał i uderzył w drzewo. Nie mogłem nie zareagować. – odpowiedział
Nie zdążyliśmy więcej porozmawiać. Sanitariusze wyjęli mnie z samochodu i położyli na noszach. Victor cały czas stał z boku i obserwował mnie. Uśmiech nie schodził z jego przystojnej twarzy. Ten człowiek po prostu rozsiewał wszędzie pozytywne uczucia. Wsadzili mnie do karetki. Zrobiło się niezłe zamieszanie, cała masa ludzi, regularne pikanie maszyn, do których mnie podłączyli. Zauważyłem tylko jak Victor pomachał mi cały czas szeroko się uśmiechając. Potem tłok zrobił się jeszcze większy, dojechały policyjne radiowozy i całkowicie straciłem go z oczu.  Drzwi ambulansu zamknęły się i odjechaliśmy. Nigdy więcej go już nie spotkałem.